codzienna rutyna...
Lily była już na nogach około godziny szóstej, co zwiastowało solidne przygotowanie się w do pierwszego dnia w szkole. Ostatni rok rozpoczął się dzień wcześniej, teraz wystarczyło przetrwać tylko kolejne kilka miesięcy siedząc z nosem w książkach i stosować formułę ZZK, którą posługiwała się większość jej rówieśników. Swoją drogą czekały ich egzaminy końcowe, od których nie było ucieczki. Nawet dla czarodziei. Na takie zło jakim są egzaminy nie pomoże nawet magia.
Dziewczyna zeszłego wieczoru zasnęła na łóżku nie robiąc przed snem zupełnie nic. Zatraciła się w myślach zapominając o całym świecie, no dobrze, nie całkiem. W każdym razie nie była w żaden sposób przygotowana, dlatego od razu wyruszyła w stronę łazienki biorąc szybki prysznic. W między czasie zauważyła rodziców siedzących przy mahoniowym stole w jadalni. Kończyli właśnie śniadanie, którego resztki pozostawili zapewne dla córki. Prawie nigdy nie jedli razem z nią posiłku, ale nic dziwnego, skoro od rana do wieczora pracowali przy papierach. Nie byli świadomi nawet tego, jakiej muzyki słucha ich dziecko. Nie interesowali się tym.
Po kilkunastu minutach przy stole znalazła się także Lily, która pospiesznie wepchała w siebie pozostałą na blacie bułkę. Wraz z ostatnim kęsem usłyszała niski głos swojego ojca:
-Lily, słońce. Dzisiaj wieczorem wychodzimy na kolację z Torresami, mamy ważne sprawy służbowe do omówienia. Ale nie martw się, postaramy się wrócić szybko, chyba poradzisz sobie sama, nie?- Joshua Markley wyszczerzył lekko swoje krzywe, choć białe zęby w stronę córki. Robił to rzadko, zazwyczaj wtedy, kiedy oświadczał o swojej nieobecności.
-Tak tato, miłej zabawy- Lily wstała od stołu nie dosuwając krzesła i mozolnym krokiem ze skrzywioną miną udała się w do swojego pokoju. Zmieniła strój stając przed lustrem. Przyglądała się swojemu odbiciu zastanawiając się jak wygląda jej biologiczna matka. Czy jest chociaż trochę do niej podobna? Jak ma na imię? Pytań nie było końca, a dziewczyna na żadne z nich nie znała odpowiedzi. W jej głowie była plątanina myśli, z resztą nic dziwnego. Lily zrobiła kilka kroków w tył spoglądając na sytuację na zewnątrz. W zasięgu jej wzroku znajdował się park. Park, w którym po raz pierwszy ujrzała twarz Draco Malfoya. Chłopaka, o którym nie wiedziała w zasadzie nic, a przekonała się, kim naprawdę jest. Wolała nie wracać do felernego wieczora, ale jedno ją zastanawiało. Jakim cudem widziała dementora? Według Addie mugole widzą tylko i wyłącznie białą poświatę, nic więcej. No ale pytanie pozostawało retorycznym, jak na razie.
Idąc schodami zauważyła swoich rodziców wychodzących z piętrowego domu:
-Pa kochanie! - dało się usłyszeć ciepłą barwę Amandy Markley. Jej charakterystyczną cechą była wręcz biała karnacja połączona z kruczoczarnymi lokami. Była miłą kobietą, choć na taką nie wyglądała. Ale ludzi nie powinno oceniać się po wyglądzie- tak przynajmniej twierdziła i kazała twierdzić mężowi i córce.
Lily sztucznie się uśmiechnęła i weszła do kuchni. Napiła się końcówki wody pozostałej w małej butelce, po czym obróciła się z zamiarem wrzucenia jej do kosza. Palcami stóp nacisnęła na przycisk wskutek czego klapa od śmietnika podniosła się do góry. Ku jej zdziwieniu opadła z powrotem. Lily naciskała ponownie- kilkanaście razy pod rząd, ale kosz co chwilę się zamykał. Spróbowała przytrzymać klapę ręką, ale ta po dwóch sekundach znowu opadała. Nagle dziewczyna odskoczyła, kiedy to kosz zaczął otwierać i zamykać się sam, tak jakby w rytm jakiejś piosenki. Nagle usłyszała znany jej głos, wydobywający się z kosza na śmieci. Odskoczyła do tyłu, rozglądając się wokół. Nie widziała nikogo, a za oknem ujrzała tylko sąsiada wyprowadzającego psa. W pewnym momencie z kosza wyskoczyła sylwetka dziewczyny- to była Adelaide Gardini. Wypluwając coś z ust i poprawiając ubranie wykrzyczała:
-O fuuj, co wy trzymacie w tym śmietniku!- zaśmiała się donośnie strzepując brud ze spodni.
-Addie, pogrzało się do końca kretynko? Przecież dobrze wiesz, że mogli zobaczyć to moi rodzice. Ah, co to w ogóle za pomysł odwiedzać mnie poprzez kosz na śmieci! Nie mogłaś po prostu przyjść, przecież wpuściłabym Cię drzwiami!- Lily definitywnie zrzedła mina. Opadła na krzesło kręcąc negatywnie głową. Spuściła wzrok, po chwili wybuchła cichym, melodyjnym śmiechem:
-Co złego widzisz w odwiedzaniu Cię przez śmietnik? Przecież to tylko zabawa, a twoich rodziców nie ma, nie rozumiem dlaczego się wściekasz- powiedziała Addie, ale gdy tylko usłyszała śmiech przyjaciółki odpowiedziała jej tym samym. Po chwili wzięła ją pod ramię drugą ręką łapiąc jej torbę i udała się w stronę drzwi. Dziewczyny pojechały do szkoły tramwajem, choć Addie proponowała lot miotłą.
Po kilku godzinach zajęć pierwszy dzień wreszcie prawie dobiegł końca. Rutyna zaczęła się powtarzać. Lily była dość porządną uczennicą. Była wręcz przeciwieństwem Adelaide, która w głowie miała tylko czary, to, żeby czarować, magię, to żeby używać magii. Nie widziała niczego innego poza tymi rzeczami. No dobrze, przyjaciółka też odgrywała dla niej ważną rolę.
Dziewczyny szły dolnym korytarzem szkoły, spoglądając wokół. Lily odprowadzała czarownicę do podziemi. Było jej ciężko, kiedy Addie wyciągnęła różdżkę i po kilku sekundach zniknęła za drzwiami od kotłowni. Skrywały coś więcej, coś, co Lily uwielbiała i zawsze gdy się z tym spotykała miała dziwne motylki w brzuchu.
Zrezygnowana postanowiła wrócić do domu, gdzie pouczyła się niezadanego jeszcze materiału, poczytała wypożyczoną w wakacje książkę, a w końcu położyła się do łóżka. Nie minęło wiele czasu, a wydarzenia, które miały miejsce, mocno nią wstrząsnęły. Postanowiła się ustabilizować i ograniczyć kontakt z magią do minimum. Nie było to bezpieczne, o czym przekonała się zeszłego wieczora. O dziwo kolejny miesiąc był spokojny na tyle, aby nie przejmować się tym, co jej grozi. Minął szybko, Lily nawet nie zauważyła, kiedy na kalendarzu pojawiła się data 10 października.
~~~~
STRAAAAAAAAAAAAAAAAASZNIE KRÓTKIE, następny też taki będzie- później będą coraz dłuższe, bo mam wszystko ułożone w głowie a co chwilę dochodzą pomysły. O wiele lżej pisze mi się po przeczytaniu kilku książek HP, wcześniej robiłam to na silę co chwilę coś poprawiając. Teraz po prostu wszystko układam sobie wcześniej i później idzie po maśle. W każdym razie IV i V rozdział to te, które napisałam wcześniej, VI będzie podzielony na dwie części. Liczę na jakieś wskazówki, pozdrawiam.
Naprawdę wielkie brawa za budowanie zdań. Robisz to świetnie, że aż miło się czyta. Wskazówki? Pisz dalej jak teraz, bo jest bardzo dobrze. Do niczego nie można się przyczepić, - tak sądzę - a jeśli chodzi o krótkie rozdziały, to nic nie szkodzi. Nie zawsze trzeba pisać od razu książkę.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Wentz
Wskazówki ? Kurcze nie mam żadnych... Pisz tak jak piszesz, a zobaczysz że będziesz jeszcze lepsza niż teraz ;)
OdpowiedzUsuńKurdę no lecę czytać kolejny bo jakoś nie potrafię się zatrzymać ... ;d
http://destroyerofevil-elitamagow.blogspot.com/