sobota, 30 listopada 2013

Koniec?

Witajcie :) Już na wstępie zawiadamiam, że kolejny rozdział się nie pojawi, chyba, że stanie się coś, co mnie zmotywuje. Nie chodzi o to, że nie mam pomysłu, weny, czy czegokolwiek... nie będę się niczym usprawiedliwiać. Po prostu pisanie mi nie wychodzi. Ostatnimi czasy nie mam na to jakichkolwiek chęci. No dobra, mam, chcę pisać, są takie momenty, że nie mogę wytrzymać i zaczynam coś pisać, ale potem okazuje się, że jest bez sensu. Może coś się zmieni i dokończę tego bloga, zobaczę. Jak na razie to się na to nie zanosi. Może przeczytam ponownie HP? Hm, to coś może dać. W każdym razie teraz przepraszam Was z całego serca. Szczerze, to związałam się z tą całą Markley'ówną, i mimo wszystko trudno byłoby mi się z nią rozstać. Jeśli ktoś zechce- napiszę najwyżej jakiś dłuższy tekst, opisujący dalsze zdarzenia. Historia jest dość długa, albo i krótka. Nie wiem. Spędziłam nad wymyślaniem jej ponad miesiąc- każda kąpiel, problem z zaśnięciem, nudna lekcja. To wszystko dla tej historii :))) A teraz nie ma dla mnie najmniejszego sensu.
No cóż, przepraszam Was najmocniej i ściskam z całej siły. Może kiedyś nadejdzie dzień, w którym z dumą wyznam, że pierwszą rzeczą jaką zrobiłam w kierunku pisania był ten blog. Chcę napisać książkę. Nawet dwie. A nawet i trzy. Mam ułożone historie. Ale nie potrafię związać tego w słowa. Każdy kiedyś miał takie marzenia. W końcu za marzenia się karają :D Huh, dobra, to chyba już koniec. Dzięki za wszystkie komentarze, wyświetlenia... to dla mnie dużo znaczyło. Może niedługo założę kolejny blog, o innej tematyce. Zobaczy się. Teraz jednak się z Wami żegnam. Na ile? Nie wiadomo. Czy wrócę? Zobaczę.

Buziaki.
Fruźka.

PS: Dokończę ten blog. Prędzej czy później, ale dokończę. Nie przegrałam tego. Wierzę, że mi się uda. xoxoxo

czwartek, 26 września 2013

Rozdział X

   Już kilka minut później przekroczyły próg domu, otrzepując się z resztek śniegu. Otwierając drzwi buchnęła na nie duża fala gorącego powietrza, która dała im ukojenie od temperatury panującej na zewnątrz.  W środku wciąż można było wyczuć świąteczne zapachy, w większości były to pozostałości zapachu smakołyków ze stołu poprzedniego wieczora. Święta niestety są tylko raz w roku, więc dziewczyny chciał wykorzystać je do maksimum. 

-O, już jesteście!- usłyszały ciepły głos, dochodzący z kuchni. Chwilę później pojawiła się przed nimi Maria, po kolei całując w policzki Addie i Lily.
-Tak, mamo. Byłyśmy na małych zakupach.- uśmiechnęła się czarownica, wieszając płaszcz na haku. 
-I jak, kupiłyście coś ciekawego?- zapytała.
-Nic wielkiego, małe drobiazgi.- odpowiedziała Lily, pocierając dłonie. Addie w tym czasie zerknęła kątem oka do kuchni, chwilę później wydając z siebie jęk zachwytu:
-O, poczta już przyszła?!- pochwyciła jedną z paczek leżących na stole i rozrywając papier, w którą była zawinięta. 
-Ciocia Daryll przysłała nam słodycze.- dopowiedziała, przerzucając w rękach czekoladowe żaby to fasolki.
-Zaraz będziesz miała szesnaście lat, a dla Ciebie i tak najważniejsze są słodycze. Och, dziecko, kiedy ty dorośniesz.- powiedziała żartobliwie Maria. 
-Przesań mao- kończyła konsumować zwierzę z czekolady, przeglądając inne paczki. 
Lily w międzyczasie  zdjęła z siebie zimowe ubranie, otrzepała resztki śniegu z kasztanowych włosów i opadła bezwładnie na witrynę w drzwiach, przyglądając się zafascynowanej pocztą przyjaciółce. Przez chwilę pomyślała nawet, że rodzice się do niej odezwali- jednak po chwili przypomniała sobie, że nawet nie znają adresu Addie, nie wiedzą nawet, że mieszka poza Londynem. W końcu te najważniejsze rzeczy muszą pozostać tajemnicą, nawet jeśli nieujawnienie ich groziłoby jakąś większą katastrofą. Ten na pozór mały sekrecik jest tego przykładem. 

-O, Lily… jest coś dla Ciebie.- Addie przełknęła ostatni kawałek jagodowej babeczki,  po czym odwróciła się w stronę szesnastolatki przerzucając w dłoniach małą, zapakowaną w brązowy papier paczuszkę. W tym momencie Lily poczuła w sobie jakieś dziwne uczucie, podobne do nadziei, która jednak rzadko była przez nią odczuwalna. Chociaż miała za złe ojcu i matce tą kłótnie, która ich rozdzieliła, to jednak chciałaby usłyszeć od nich słowo przepraszam. Chciała, aby wykazali chociaż gram zainteresowania tym gdzie jest i jak się czuje. Chciała, żeby rodzice zabrali ją do swojego domu, tak jak przed laty.
-No trzymaj!- powiedziała zirytowana. Lily ocknęła się i powróciła do rzeczywistości, chwytając prawą ręką paczkę. Obejrzała ją dookoła, jedynie z wierzchu było napisanie niestarannie jej imię i nazwisko. Danych nadawcy nie mogła zlokalizować, więc bez zastanowienia złapała za odstający kawałek papieru i pociągnęła go. Już chwilę później jej oczom ukazała się mała, podłużna szkatułka zamknięta na kluczyk. Dokładnie się jej przyjrzała, przejeżdżając po wygrawerowanych na złoto liniach, tworzących futurystyczne wzorki. Były identyczne jak te, na szkatułce,  którą znalazła pod świątecznym drzewkiem. Dopiero po chwili zauważyła wystający z zamka rulonik papieru. Delikatnie go wyciągnęła. Automatycznie się rozwinął. Cały był w plamach po atramencie, jednak na jednej ze stron wypisane było kilka słów.
-No, i co tam jest napisane?- rzuciła Addie.
-Czekaj złośnico, jeszcze nie przeczytałam.- wyostrzyła wzrok, próbując odczytać rozmazane litery.
Witaj Lily!
Cieszę się na wieść o tym, że nie długo się zobaczymy. To, co jest w środku, powinno przydać Ci się w najbliższym czasie. Uważaj na siebie, to będą ciężkie tygodnie. 
A.N.B. 
PS: Szczerość to klucz do prawdy. Szczerość ukryta jest w oczach.
-I co?- zapytała pospiesznie Addie, widząc minę przyjaciółki. 
-Nie wiem co… co o tym myśleć. Chyba ktoś naprawdę robi sobie żarty.- Lily przeczytała liścik jeszcze kilka razy, po czym spojrzała zdezorientowana na przyjaciółkę, to na jej matkę.
-Pokaż to, Lily.- odparła Maria, chwytając trzymany przez nią skrawek papieru. Po zapoznaniu się z treścią w jej oczach wyraźnie coś zaiskrzyło, jednak żadna z dziewczyn tego nie zauważyła. Dopiero po chwili potrząsnęła głową:
-Masz rację, dziewczyno. Jakiś żartowniś rzeczywiście nie ma nic do roboty w te święta. Daj, lepiej to schowam.- Maria zabrała szkatułkę, chwilę później znikając w salonie. 
-O co chodzi?- zapytała zdezorientowana Addie.
-O to, o czym mówiła Twoja mama.- odpowiedziała- Z resztą, nie przejmujmy się tym.- uśmiechnęła się delikatnie. 
-Ałe dopłe czekołatki.- wyraźnie wzięła sobie do serca słowa przyjaciółki i zaczęła pochłaniać już trzecią z kolei paczkę słodyczy.
-Co będziemy dzisiaj robić?- zapytała Lily, sięgając po jedną z czekoladek w pudełku.
-Możemy pójść do mojej znajomej, Leslie. Pewnie ją pamiętasz?- oblizała palce z roztopionej czekolady.
-Tak…kojarzę.- odparła.
-Oj, dziewczynki. Dzisiaj nigdzie nie pójdziecie!- wtrąciła się Maria- Wieczorem przychodzi do nas wyjątkowy gość, pomieszka z nami troszkę. Tylko postarajcie się być miłe, być może Wam się to nie spodoba.- dodała.
-Kto to taki, mamo?
-Oj, zobaczycie wieczorem.- odpowiedziała, po czym po raz kolejny zniknęła za drzwiami prowadzącymi do salonu. 

Dziewczyny postały jeszcze chwilę przy kuchennym stole konsumując czekoladki. Lekka, mleczna czekolada rozpływając się w ustach, a do tego magiczne nadzienie. Wystarczyło pomyśleć o jakimś, kiedy ten pojawiał się w środku czekoladowej przyjemności. Czyż magia nie jest cudowna?!
-Może pójdziemy na górę? Czuję się trochę nieswojo, zesztywniałam troszkę.- głos Lily rozbrzmiał w wielkiej ciszy, którą przerywało jedynie mlaskanie.
-Masz rację. Idź, ja jeszcze skoczę do łazienki.- zamknęła pudełko i podała je przyjaciółce. Ta tylko przytaknęła po czym obróciła się na pięcie i pokonała schody w mgnieniu oka. Z lekką niepewnością otworzyła drzwi od pokoju Addie, zajrzała jednym okiem do środka i rozejrzała się. Chociaż mieszkała tu od kilku dni, nie wiedziała, czego może się spodziewać po magicznym domu. W końcu nie zna jeszcze wszystkich jego tajemnic.

Nieco bardziej rozluźniona rzuciła pudełko na łóżko i skierowała się w stronę okna, przejeżdżając palcem po meblach. Kilka razy usłyszała ciche pyknięcie, lub bądź co bądź trzask, co było spowodowane magią pochowaną w szufladach. Sekundę później dziewczyna podpierała się już dłońmi o parapet, rozglądając się po ośnieżonej dolinie. Już po raz tysięczny zachwycała się krajobrazem, który jak już po raz tysięczny powtarzała sobie w myślach- nie był zwyczajny. Codziennie można było spodziewać się czegoś innego, tym razem jej oczom ukazały się dzieciaki w wieku około dziesięciu lat, które beztrosko obrzucały się śniegiem trzymając w dłoniach patyki. Już niedługo i ich miejsce zajęłyby różdżki- myśl jakże piękna, ale też jak przygnębiająca. To wszystko czego Lily tak naprawdę pragnęła znajdowało się w tym jedynym na świecie miejscu- Dolinie. I choćby zrobiła niewiadomo co, i tak nie mogłaby żyć tak jak tutejsi ludzie. To wszystko przez to, że była mugolem.  Ten jeden fakt przeszkodziłby jej w takim życiu. Jednak głęboko w sercu wciąż  miała nadzieję, że za kilka lat jeden z domów przy alei stanie się jej miejscem zamieszkania. Nagle za oknem pojawiła się czarna sowa. Dziewczyna chwilowo opuściła głowę, kiedy to jej wzrok przykuła zapieczętowana koperta. Otworzyła delikatnie okno, wzięła go ją od niej. Zamarła. Nie byłoby w niej nic dziwnego, gdyby nie inicjały znajdujące się na widocznej stronie.  ‘A.N.B’ Momentalnie oprzytomniała, poukładała sobie myśli w głowie i dopiero wtedy spostrzegła, że są identyczne jak te na liściku dołączonym do tajemniczej paczki. Potrząsnęła głową, chwyciła kopertę i bez namysłu spróbowała ją otworzyć. Niestety było to niewykonalne. Jej oczom ukazał się wielki napis ‘PRIVATE’,  który pojawił się znikąd. Zaintrygowana odłożyła kopertę na parapet. Postała tak jeszcze chwilkę, nagle się zrywając.
-Poczekaj tu… sówko?- rzuciła, odwracając się i przeszukując szuflady w poszukiwaniu kartki i jakiegokolwiek przyrządu do pisania. Znalazła zieloną kredkę. Zrezygnowana chwyciła ją i prostując wyciągnięty wcześnie papier wybazgrała kilka słów. Złożyła go na pół, napisała dane adresata i szybkimi ruchami przywiązała go sówce. Wyszeptała jej adres, gdy ta zerwała się i odleciała.  Lily podeszła do łóżka i rzuciła się na nie. Coś uwierało ją w głowę. Postanowiła sprawdzić, wsadzając rękę pod poduszkę. Wyciągnęła spod niej mały notatnik, podpisany imieniem i nazwiskiem Addie. Dziewczyna nie zważając na prywatność otworzyła go bez zastanowienia, przeglądając go uważnie. Na każdej stronie zapisane były daty spotkań, sprawdzianów i innych błahostek. Jednak coś przykuło jej uwagę. Imię ‘Matthew’ otoczone serduszkiem i data 26 grudnia, godzina 19. Czyżby Gardini coś przed nią ukrywała? Miała chłopaka? Ta sama Adelaide, która nie potrafi opanować się przy jedzeniu, beka, mówi z pełnymi ustami, nie ma za grosz wstydu? Te myśli znacznie poprawiły humor szesnastolatce, która z rozbawioną miną schowała notatnik pod poduszkę. 

Dosłownie sekundę później do pokoju weszła zdyszana Adelaide:
-Prz..przepraszam, że tak długo- wzięła głęboki wdech- ale mama kazała mi coś jeszcze zrobić.- dokończyła, wypuszczając powietrze.
-Nic nie szkodzi.- odpowiedziała jak gdyby nigdy nic Lily.
-To jakie plany na najbliższe dwie godziny?- zapytała czarownica.
-Wiesz… może coś porobić. Razem. Nie wiem. Pograć, potańczyć, poskakać… a najlepiej posiedzieć i porozmawiać.- odparła.
-Mam się bać? Coś się stało?- Addie złożyła ramiona.
-Nie, tylko... chodź tu, muszę powiedzieć Ci coś na ucho.- odpowiedziała. Gardini nachyliła się, kiedy to z jej ust wydostał się głośny jęk, a o ściany pokoju odbił się szyderczy śmiech Lily. Po chwili obie dziewczyny znalazły się na podłodze rwąc sobie nawzajem włosy. W pozytywnym tego zwrocie znaczeniu.

Dziesięć minut przed osiemnastą wszystkie trzy kobietki znalazły się w salonie, nakrywając do kolacji. Dziewczyny były szczególnie spięte, wciąż będąc w nieświadomości. Kiedy w końcu wybiła pełna godzina, a Nicholasa wciąż nie było, żeńska część domu postanowiła rozpocząć posiłek. Ta zdecydowanie młodsza część spędziła ten czas w całkowitej ciszy, wymieniając między sobą rozbrajające spojrzenia, a Marie rozmawiała z Gildą na niezbyt ciekawe tematy. Może rzec, że kobiety urządziły sobie domową stypę.

Kiedy wpół do dziewiętnastej zamek w drzwiach szarpnął, wszyscy oprzytomnieli i skierowali swój wzrok w stronę przedpokoju. 
-Już jesteśmy!- niski głos Nicholasa rozbrzmiał w napełnionym ciszą domu. Już po chwili sam mężczyzna znalazł się pośrodku pomieszczenia, rozradowany tak, jakby zaraz miał urodzić się mu syn.
-Tak więc poznajcie…- wtedy to tajemniczy gość dołączył do głowy rodziny. Nieco wyższy, szczuplejszy i mniej uśmiechnięty chłopak jeszcze bardziej oziębił atmosferę panującą w domu. Po chwili spostrzegł, że na głowie ma wciąż czapkę, dlatego szybkim ruchem zdjął ją z głowy. Lily zakrztusiła się sałatką, a Addie upuściła szklankę z sokiem dyniowym na śnieżnobiały dywan. To był początek końca. 

_____
Witam Was po baaaaaaaardzo długiej przerwie :) Rozdział w końcu dodaję- chociaż jestem teraz na wycieczce szkolnej, a piszę to o godzine 23. Dlatego za wszelakie błędy przepraszam, proszę- poprawiajcie mnie w komentarzach, jak wrócę, to zmienię. Rozdział nieco krótki, jak na taki okres czasu. Nie jest też idealny, moim zdaniem napisany trochę na siłę. Fakty mogą się mieszać, bo pisała. ten rozdział na przełomie ponad dwóch miesięcy. W każdym razie zapraszam Was do czytania, komentujcie, oceniajcie, i zgadujcie kto będzie tajemniczym gościem! :))
PS: JEŚLI SĄ U WAS JAKIEŚ NOWE ROZDZIAŁY, TO PISZCIE, BO MAM COŚ Z PRZEGLĄDARKA I MI NIE WYŚWIETLA ANI TU ANI TU. A CHCĘ POKOMENTOWAĆ, HEHE.

wtorek, 10 września 2013

~Informacja

  Pierwszy raz nie dodaję rozdziału tak długo, ale moja wena spadła na totalne dno. Co prawda połowę mam już napisaną, ale nie potrafię zabrać się za dokończenie. Postaram się dodać kolejną część w ciągu dwóch tygodni, chciałabym, aby nie było ty napisane na odwal :) Do tego doszła szkoła, w której już na samym początku dostajemy wycisk c: W każdym razie czekajcie cierpliwie! (jeżeli ktokolwiek czeka :P)


Fruźka.

//akt.23wrz.23:01 ~ dopisałam troszeczkę, jutro mam nadzieję napiszę do końca. jakoś nie mogłam się za to zabrać, a wena jak przyszła momentalnie tak szybko zniknęła. 

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział IX

   Pochłonięta przyjemnością, jaką dawała jej ciepła pierzyna, nie miała zamiaru się zbudzić.  Chociaż zegar wskazywał na dziesiątą, Lily chrapała śpiąc jak suseł. W końcu we śnie człowiek jest nieograniczony, może poczuć się beztrosko. Nie musi przejmować się problemami ani innymi głupstwami, które zaprzątają mu głowę w ciągu dnia. Stwarza się własne scenariusze, prowadzi inne, odmienne życie. Oczywiście nie trwa to wiecznie, bo w końcu nic nie może być idealnie. Dlatego pobudka o wczesnym poranku strasznie nas przygnębia, bo oznacza ona kolejny, monotonny dzień…

-Hallo, wstawaj śpiochu!- Addie, z większą niż dotychczas okazywała siłą ,uderzyła przyjaciółkę jaśkiem. Lily klnąc pod nosem podniosła się przyjmując pozycję siedzącą i przetarła oczy dłońmi. Ziewnęła drapiąc się po nosie, zerknęła na zegarek wiszący na ścianie, po czym ponownie opadła na poduszki. 
-Nie ma wylegiwania się! Na dole czekają prezenty, zapomniałaś?- czarownica była wyraźnie w dobrym humorze. Potrząsnęła przyjaciółką, siadając na skrawku zajmowanego przez nią łóżka.
-Prezenty, oszalałaś?- Lily przyłożyła dłoń do czoła i po raz kolejny się podniosła- Cholera, nic dla Ciebie nie mam. Przepraszam.- westchnęła i kręcąc głową klepnęła towarzyszkę w plecy.
-Oj przestań. Ważne, że jesteś.- uśmiechnęła się szeroko susząc zęby, po czym uderzyła Lily bokiem. Ta odwzajemniła gest i teatralnie wywracając oczami wstała z łóżka. Przeciągnęła się, po chwili zanurzając stopy w puchowych kapciach podstawionych przez Addie. Spojrzała za okno. Na zewnątrz kręciło się pełno ludzi, panował chaos i gwar. Nie przejmując się ruszyła do przodu i raz-dwa zrzuciła piżamę, odświeżając się w łazience i zakładając czyste ubranie. Wychodząc z łazienki zahaczyła dłonią o witrynę, kalecząc sobie jej wewnętrzną stronę. Rana kilka sekund później jak gdyby nigdy nic zniknęła i nie pozostał po niej żaden ślad. Lily zauważyła schodzącą po schodach Addie, która gestem kazała iść jej za nią. Szesnastolatka wypełniła rozkaz i zbiegła po stopniach czując co raz to większe podniecenie. 

 Państwa Gardini nie było w domu. Nie zwróciła na to większej uwagi i udała się za przyjaciółką do salonu. Pod bogato ubranym świerkiem leżała masa prezentów opakowanych w kolorowy papier. Addie już dobierała się do kilku paczek, rzucając opakowaniami na prawo i lewo. Lily nieśmiało podeszła do drzewka, po czym sięgnęła po jedną z paczek z jej imieniem. Obejrzała ją z każdej strony, po czym delikatnie zerwała papier. ‘Książka’- pomyślała. Skórzana okładka, łacińskie cytaty. 
-No otwórz, to ode mnie.- uśmiechnęła się Addie, odkładając na bok opakowanie po słodyczach. Lily posłuchała się. Ze skupienie otworzyła ‘to coś’, co okazało się albumem na zdjęcia. 
‘Dla najcudowniejszej osoby na świecie, za te 10 wspólnie spędzonych lat. Choćby nie wiem co się zdarzyło, zawsze pozostaniesz tą najlepszą. Adelaide.’
-wstęp napisany dobrze jej znanym, koślawym pismem wywołał na jej twarzy uśmiech. Przewróciła stronę, kiedy to zaparło jej dech w piersiach. Zdjęcie 5-letnich dziewczynek zrobiło na niej wielkie wrażenie. Zaśmiała się, wytykając swój własny wygląd. Przekartkowała cały album, odłożyła go na stół, po czym rzuciła się na Addie tuląc ją jak nigdy wcześniej.
-Dzięki, dzięki, dzięki. Kocham Cię!- wykrzyczała w euforii całując ją po policzkach.
-Och, daj spokój, to tylko album.- Addie zaśmiała się. 
-‘Tylko album’- westchnęła kpiąco- Nie masz pojęcia co mówisz, kobieto.- Lily zaśmiała się melodyjnie, po czym chwyciła kolejny prezent, który tym razem był owinięty papierem w renifery.  Niezdarnie go podrzuciła, co wywołało głośny szelest. Paczka upadła na podłogę, o dziwo nie rozwalając się. Dziewczyna zaczęła zdzierać opakowanie, tym razem robiąc to ostrożniej. Jej oczom ukazał się mały, podręczny kuferek, który po dotknięciu powiększał się dwukrotnie. Lily chciała go otworzyć, jednak nie mogła odnaleźć kluczyka, który w tej sytuacji bardzo by jej się przydał. Niestety nie było go ani na, ani pod kuferkiem. Nie zapodział się też w resztkach papieru, ni między innymi paczkami. Szesnastolatka rozglądała się bezsensownie. Wydawało jej się to dziwne. Addie w tym czasie pochłaniała już drugą czekoladową żabę, oblizując palce z uśmiechem na ustach. Dopiero po chwili spostrzegła, że jej przyjaciółka czegoś szuka.
-Co to za kuferek, hm?- wzięła szkatułkę w ręce i obmacała każdy jej zakątek.
-Nie wiem, nie ma kluczyka.- Lily w ramach odpowiedzi wzruszyła ramionami.
-Moja mama ma taki, który otwiera wszystkie zamki. Jak wróci do domu to się o niego podpytam.- zaproponowała, otwierając kolejną żabę.
-A, właśnie. Gdzie podziali się Twoi rodzice?- zapytała niespodziewanie.
-No mama poszła chyba na zakupy, a tata… ostatnio coś zbyt często znika, nie wiem co się dzieje. No ale gdyby było to coś poważnego, to by mi powiedzieli- odpowiedziała niepewnie, wstając i otrzepując spodnie- Po południu przyjdzie jeszcze poczta z prezentami, a o 14 mamy przyjść na obiad. Co powiesz  na mały obchód po sklepach?
-Chętnie. Może kupię sobie coś magicznego.- zaśmiała się Lily, wykonując ten sam ruch co przyjaciółka. 

Już kilka minut później stały przed wyjściem ubrane na cebulkę i opatulone szalikami autorstwa babci Addie. Ledwo otworzyły drzwi, co było spowodowane grubą warstwą śniegu, który przykrył dolinę w ciągu nocy. W przeciwieństwie do poprzedniego wieczoru, alejki były pełne ludzi, a gwar jaki panował zdecydowanie uprzykrzał pracę śpiewającym goblinom. W powietrzu unosił się tym razem zapach świeżych wypieków z cukierni i cynamonowych perfum przechodzących niedaleko czarownic. Wszystko wydawało się być cudowne. No może nie do końca.
-To gdzie najpierw?- zapytała Addie trąc sobie dłonie.
-No nie wiem, przecież ty znasz to miejsce najlepiej. Prowadź.- odpowiedziała Lily, wypuszczając parę z ust. Dziewczyna posłuchała się przyjaciółki, wzięła ją pod ramię i zaprowadziła do pierwszego, lepszego sklepu. Nad wejściem zawieszony był szyld ‘Szyk i elegancja w czarodziejskim wydaniu’. Przechodząc przez witrynę drzwi w ich nozdrza uderzył mocny, wiśniowy zapach. Jak się później okazało, idealnie pasował do aranżacji wnętrze. Wokół panował kolor ciemnej wiśni, chociaż zdawał się być jaśniejszy poprzez światło padające zza okna. Ubrania, a raczej szaty, porozwieszane były na kilku wieszakach. Tylko one wyróżniały się z całego pomieszczenia, tworząc dużą paletę barw. Addie złapała Lily za rękę i pociągnęła w stronę 3 z kolei półko-wieszaka. Pochwyciła trzy szaty, w tym jedną w neonowym odcieniu zieleni. Wepchnęła je w ręce przyjaciółki i szeroko się uśmiechnęła.
-Do przymierzalni, raz raz.- popchnęła ją, chwilę później zasuwając zasłony od wcześniej wskazanego miejsca. Nie czekała 5 minut, kiedy wyjawiła się zza niej Lily, odziana w ciemnofioletową szatę przed kostki. Pokręciła tylko negatywnie głową i powróciła z powrotem do środka. Z kolejnymi ubraniami było tak samo. Już miała się poddać, kiedy to ujrzała czarną szatę z czerwono-złotymi akcentami. Było ich kilka, dlatego przerzuciła je odnajdując z mniej-więcej dopasowanymi wymiarami i pognała do przymierzalni. Wyszła z niej uradowana, prawie że podskakując. Addie zaśmiała się tylko, po czym sięgnęła ręką po czarną, szpiczastą tiarę i nałożyła ją na głowę przyjaciółki.
-No, teraz wyglądasz jak rasowa Gryfonka.- uśmiechnęła się szeroko.
-Zaraz… to znaczy, że to szkolna szata?- zapytała, lekko się czerwieniąc.
-No a jaka?- odpowiedziała kpiąco- Pakuj ją, ja zapłacę. Może Ci się kiedyś przyda.- ostatnie zdanie dopowiedziała cicho i raczej do siebie, jednak Lily najwyraźniej to usłyszała. Popatrzyła dziwnie na przyjaciółkę, po czym znikając w przymierzalni wyszła z niej z wypchaną torbą. Podeszły do kasy, gdzie Addie zapłaciła za zakupy, po czym wyszły ze sklepu. Ponownie znalazły się na świeżym powietrzu, trzęsąc się z zimna. 

-Może zajdziemy do cukierni? Rozgrzejemy się troszkę.- zaproponowała Addie.
-Jasne, czemu nie?- odpowiedziała pytaniem Lily, po czym porwana przez przyjaciółkę, wparowała razem z nią do bijącego ciepłem lokalu. Był w świątecznym ustroju, w rogu stał kominek, a spod podłogi wydobywała się cicha, świąteczna melodia. Dziewczyny zajęły miejsce przy oknie, kiedy to podszedł kelner. Addie zamówiła dwa razy gorącą czekoladę i dwa kawałki lukrowego piernika. Z lekkim zdenerwowaniem stukała palcami w blat stolika, spoglądając na zatłoczoną alejkę. Wyglądała tak, jakby szukała kogoś wzrokiem. Jednak Lily wolała zostawić ją w spokoju. 

Po kilku minutach kelner zrealizował zamówienie i przed dziewczynami wylądowała taca, która moment wcześniej unosiła się w powietrzu. Czekolada wraz z ciastem sfrunęły z niej i opadły mimowolnie równolegle na blacie. Addie przemieszała zawartość swojego kubka kilkanaście razy, aż w końcu wzięła jeden, głęboki łyk. Lily zrobiła to trochę mniej łakomie,  siorbiąc płyn w równych odstępach czasu. Co było dziwne, ani razu nie odezwały się do siebie. Zamknęły się w sobie, tylko kilka razy mijając się wzrokiem. Dopiero gdy Lily spróbowała ciasta i lekko się skrzywiła, zaczęły rozmawiać. 
-Mówiąc słonecznikowe… myślałam, że nie masz na myśli łupinek słonecznika w cieście!- wzburzyła się.
-Mhm.- przytaknęła z niechęcią Addie, ponownie mieszając, ale już tylko w ćwierć pełnym kubku.
-Coś ty tak zmarkotniała?- zapytała Lily, dziwnie przyglądając się przyjaciółce.
-Tak jakoś… to chyba pogoda.- odparła.
-Pogoda, taa… To niezbyt przekonujące, nie sądzisz?- powiedziała dość poważnie, rzucając wzrokiem na widok za szybą- Tam jest wróżka? Chodź, poprawi Ci się humor.- zaproponowała.
-Myślę, że to zły pomysł.- odpowiedziała.
-Czemu? No chodź, to nic złego.- Lily wstała i pociągnęła przyjaciółkę za rękę.
-Naprawdę myślę, że nie powinnyśmy tam iść.- powiedziała, denerwując się. Jednak szesnastolatka tego nie usłyszała. 

Po przejściu przez witrynę drzwi, ich ciała przeszedł potężny dreszcz, spowodowany niską temperaturą. Chwilę później wparowały do lokalu tak zwanej wróżbiarki. Już samo wejście było dość tajemnicze. Panował tam mrok, królował fioletowy i czarny kolor. Podekscytowana Lily pociągnęła towarzyszkę głębiej, gdzie z ciemności wyłonił się zarys niskiej postaci. Nagle świece zapaliły się i ukazały ją w całej okazałości. Była to dość wysoka kobieta w fioletowej szacie i dziwnej chustce na głowie, od której bił zapach wiśniowej cherry. Na stoliku, który pojawił się przed nią dosłownie znikąd, znajdowała się mała, prawie że nie czytelna wizytówka.
Sybilla Trelawney
Lily przeczytała ją w myślach kilka razy, kiedy kobieta odezwała się  wysokim, chropowatym głosem:
-Witajcie dziewczęta, w czym Wam mogę pomóc? Przyszłość, praca…. a może miłość? Tak, jesteście takie młode, korzystajcie z miłości póki możecie. Wystarczy, że otworzycie swoje umysły, a przepowiem Wam dokładnie to, co będziecie chciały.- mówiąc, jakby wykutą na pamięć formułkę, bawiła się szklanką kulą, kartami i swoim nonszalanckim naszyjnikiem. 
-Dzień dobry, my tak może ogólnie. Chociaż miłość, tak, miłość też. Nie, Addie?- wytrajkotała lekko oszołomiona, rozglądając się po pomieszczeniu. Przyjaciółka tylko wzruszyła ramionami.
-Usiądźcie.- zaproponowała Trelawney. Dziewczyny posłuchały się jej i opadły na zmaterializowane przed chwilą krzesła. Same dosunęły się do stolika. 
-Tak więc miłość…. Podaj mi rękę, młoda damo.- powiedziała kobieta, wyciągając dłoń w stronę Addie. Ta podała jej z niechęcią swoją.
-No cóż… Wygląda na to, że nie będziesz miała szczęścia w miłości. Widzę tu wyraźne, postrzępione linie… A co to?! Dziewczyno, strzeż się! Jesteś w wielkim niebezpieczeństwie, ktoś bliski wyda Ciebie i Twoich przyjaciół. To będzie prawdziwy wstrząs dla Twojej matki… Tak, ojciec, coś z nim będzie nie tak… Zaraz, zaraz. To miała być miłość, tak? W takim razie… Widzę, widzę… Rzuca Cię jakiś chłoptaś, nie zaprzątaj sobie nim głowy. Swoją drogą wyczuwam w Twojej aurze, widzę i wyczuwam, trójkę dzieci, tak, trójkę. Chłopiec, dziew…
-Och, dość tych głupstw. Wychodzę!- przerwała jej Addie, zrywając się i wybiegając z lokalu. Lily zdezorientowana odprowadziła przyjaciółkę wzrokiem, po czym odwróciła się w stronę Trelawney. Nie wiedząc co powiedzieć, spojrzała na nią z politowaniem. 

-Przejdzie jej, to tylko zły wpływ marsa na jej psychikę… A ty? Przepowiedzieć Ci miłość, cokolwiek?- powiedziała, jak gdyby nigdy nic.
-Wie pani, ja chyba już pójdę. Przepraszam, ale koleżanka miała pieniądze… mi się skończyły te całe galemoniaki.- odparła przestraszona.
-Galeony, tak. Nic nie szkodzi, ale następnym razem ich nie zapomnij. To będzie dobry dla Ciebie dzień, do zobaczenia!- wykrzyczała. Lily zagestykulowała jej coś na pożegnanie, po czym skierowała się w stronę wyjścia. Nagle usłyszała odgłos dławienia się. Obróciła się, a Trelawney podtrzymywała się rękoma blatu stołu i dusiła się, próbując coś powiedzieć. Lily przeraziła się niesamowicie.
-Proszę pani… nic pani nie jest?- zapytała niepewnie. Kobieta nie reagowała, kiedy nagle odezwała się niskim i jeszcze bardziej chropowatym niż przedtem głosem, patrząc się w górę i zaciskając dłonie w piąstki.
-„Aaaaa, wszyscy się chowają, koniec nadchodzi, wielka bitwa się rozpoczyna, starzec podniesie różdżkę, krew poleje się….”- Lily nie wysłuchała jej do końca tylko wybiegła na zewnątrz z przerażaniem na twarzy. Odnalazła przyjaciółkę wzrokiem, podbiegła do niej i zaczęła trząść ją za ramię:
-Addie… Z nią się coś dzieje! Zaczęła gadać coś o jakiejś bitwie, Addie, wróćmy tam, z nią się coś dzieje!- wykrzyczała zdezorientowana.
-Och, daj spokój, Lily. Ta stara purchawa pewnie popadła w depresje, a nasze przyjście wywołało u niej jakiś wewnętrzny szok. Z resztą nie ma czemu się tu dziwić, od zawsze miała nie po kolei w głowie.- odpowiedziała zachowując spokój. Wydarzyło się coś, co poprawiło jej humor, ponieważ była całkowicie wyciszona i wyluzowana. 
-Chodźmy.- powiedziała z zadowoleniem, ciągnąc przyjaciółkę za rękę. Skierowały się razem w stronę domu czarownicy.


_______________

Hahaha, jakie to słodziachne. Za dużo słodyczy. Ale napisałam ten rozdział miesiąc temu i przed chwilą dopisałam ten fragment od 'piąstek', bo nie mogłam wymyśleć tekstu przepowiedni. Chciałam, żeby 'brzmiał' poważnie, a wyszło jak wyszło xD No cóż, są wakacje, nie wiem kiedy pojawi się kolejny rozdział. Nie chce mi się kompletnie nic robić, chociaż mam masę czasu. W każdym razie pozdrowienia od fruźki i miłych wakacji!

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Rozdział VIII

Na­wet gdy przy­jaciel działa wbrew to­bie, wciąż jest twoim przyjacielem.
Spod puchowej czapki wystawały pojedyncze, ciemnobrązowe kosmyki. Na jednej z warg można było zauważyć rozcięcie, która prawdopodobnie pod wpływem czasu zaczęło się już goić. Sekundę później wykrzywiło się z całymi ustami w lekki, nieskazitelny uśmiech. Po chwili milczenia dziewczyna lekko się zmieszała, a kącik jej ust bezwładnie opadł. 
-Addie, co ty tu robisz?- wydusiła z siebie Lily, przymrużając oczy.
-Ja… ja Ci wszystko wytłumaczę! Byłam głupia, bałam się o ciebie… teraz wiem…
-Co wiesz?- wtrąciła się szesnastolatka, której ton głosu dziwacznie się zmienił.
-…Wiem, że to był zły pomysł! Zostawiłam cię akurat w takim momencie… To, co stało się dzisiaj u twojej ciotki…
-Zaraz, to znaczy, że mnie śledziłaś?- Lily oprzytomniała, lecz głównym tego powodem był odgłos karetki pogotowia.
-Ja… przepraszam za ten wieczór, przepraszam za wszystko! Naprawdę się o Ciebie martwiłam, a to, czego byłam dzisiaj świadkiem…  Och, Lily, spędź ze mną święta! Bardzo mi na tym zależy, proszę!- mówiła to z przyspieszonym oddechem, w między czasie wypuszczając parę z ust, co było nieuniknione przy minusowej temperaturze. 
-Nie wiem, czy to dobry pomysł…- wycedziła.
-Ale… mam rozumieć, że między nami wszystko dobrze, tak?- zapytała z wyraźną nadzieją w głosie.
-Chyba… chyba tak.- Lily wzruszyła ramionami, krzywiąc usta w lekkim uśmiechu. Nie zdążyła zaczerpnąć powietrza, kiedy to Addie rzuciła się na nią z niepowtarzalną siłą. Mocno ją objęła, pociągając co chwilę nosem. Lily nie protestowała, tylko wtuliła się w przyjaciółkę. Nie miała siły, żeby się z nią kłócić, dlatego postanowiła jej wybaczyć. W końcu i tak nie miała gdzie się podziać, a perspektywa spędzenia świąt z najbliższą w tym momencie osobą była zdecydowanie lepsza, niż przesiedzenie tych kilku dni w czterech ścianach. Zrozumiała, że na Addie może polegać zawsze-chociaż nieraz ją zawiodła, to nie zostawiła jej samej w tak ciężkim momencie. Zaoferowała jej pomoc, cenną pomoc. Przekonała się, że prawdziwej przyjaźni nic nigdy nie stanie na drodze. 
Dziewczyny przytulały się przez dobre pięć minut. W końcu odczepiły się od siebie.
-To jak, zastanowiłaś się?- zapytała Addie, nabierając powietrza w płuca.
-Nad czym?-  szatynka odpowiedziała pytaniem, otrzepując rękaw płaszcza z nagromadzonego na nim śniegu.
-No, czy chcesz spędzić ze mną święta? Pamiętaj, że nie przyjmuję odmowy.- uśmiechnęła się szeroko, susząc zęby.
-No nie wiem…- Lily spuściła wzrok w dół, jednak nie mogła wytrzymać i po chwili wybuchła cichym, melodyjnym śmiechem. Addie odpowiedziała jej tym samym, po chwili wzięła ją pod ramię i pociągnęła za sobą. 
-Tak właściwie, to gdzie idziemy?- zapytała Markley odchrząkując.
-Do doliny, a niby gdzie?- odpowiedziała z sarkazmem Addie.
-To raczej chyba oczywiste.- odmruknęła.   
-No widzisz?- uśmiechnęła się lekko.
-Och, Gardini.- zaśmiała się. Jej wzrok przykuło czoło towarzyszki, na które opadało bezwładnie kilka brązowych kosmyków. Jednym, zdecydowanym ruchem ściągnęła jej bawełnianą czapkę. Wyjawiła się spod nich spora ilość ciemnych włosów. Szesnastolatka zatrzymała się gwałtownie, przykładając dłoń do ust.
-Czy mi się zdaje, czy jeszcze kilka dni temu byłaś blondynką?- wytrzeszczyła oczy, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
-Och, daj mi spokój.- odpowiedziała z lekkim poirytowaniem, wyrywając czapkę przyjaciółce. Sekundę później miała ją już na głowie. 
-Czyżbyś miała już dość docinek?- zapytała Lily, zmieniając ton głosu na dość piskliwy. Addie w odpowiedzi wytargała jej włosy, kręcąc negatywnie głową. Jeszcze kilka minut temu jej przyjaciółka była strasznie załamana, a teraz naśmiewa się z niej nie mając litości. Z jednej strony cieszyła się z tego powodu, z drugiej natomiast wolałaby mieć przy sobie tą bardziej zdołowaną wersję Lily. Jednak musiała się pogodzić z rzeczywistością.

Po kilkuminutowych przepychankach i chichotach, przyjaciółki stanęły przed dobrze znaną im ścianą. W ciągu tych kilku miesięcy naroiło się na niej od nowych malunków. Z kilku miejsc odpadł tynk, a niektóre cegły popękały z powodu wilgoci. Uliczka nie była też odśnieżana, więc dziewczyny stanęły w śniegu po kolana. Addie postanowiła się jednak szybko zrehabilitować i wyciągnęła różdżkę. Zaklęciu towarzyszył zwinny ruch dłonią. Po chwili pociągnęła Lily za sobą. Po raz kolejny znalazły się w dolinie. Ale to nie było to samo miejsce.

Ziemię przykrywała gruba warstwa białego puchu, drzewa i krzewy opustoszały tworząc prowizoryczne, kolczaste ogrodzenie, a kostkę brukową, która dotychczas uchodziła za drogę, zamieniono na sosnowe schody prowadzące do centrum doliny. To ono zmieniło się najbardziej. Rząd wolnostojących domków był teraz rzędem małych budynków, pozbawionych dachu i jakiekolwiek przestrzeni. Z widoku zginęła również aleja, służąca zakupom i odpoczynkowi. Tym razem mieściła się naprzeciwko części mieszkalnej. Była zdecydowanie mniejsza i krótsza niż ostatnim razem. Jednak wszystko to rekompensowała świąteczna atmosfera. W powietrzu unosił się mocny zapach lukrecji i cynamonu, który z pewnością pochodził z pobliskich cukierni. Drogę oświetlały małe, srebrne kuleczki unoszące się ponad głowami. W centralnej części doliny stał świerk mierzący około 30 stóp, ozdobiony przeróżnymi świecidełkami i bombkami. Pod drzewem stała grupka goblinów*, odśpiewujących tradycyjne pieśni świąteczne. Chociaż ich głos nie był jednym z najlepszych, to i tak wprawiał w dobry nastrój. Wszystko to dopełniało gwiaździste niebo i pełnia. 

-Trochę się tu zmieniło, nie?- powiedziała Addie, widząc osłupiałą przyjaciółkę- Po tej pierwszej napaści były kolejne, ciągle czegoś szukają. Próbowaliśmy wszystko odbudować, niby przy pomocy magii poszłoby szybko, ale przy takich warunkach nie ma co liczyć na lepsze efekty - wzruszyła ramionami, otrzepując się ze śniegu.- No to co, idziemy?- ruszyła do przodu, w międzyczasie rzucając w stronę Lily zachęcające spojrzenie. Ta stała jednak jeszcze przez chwilę, przyglądając się całemu miejscu. Tak bardzo chciałaby pomóc w odbudowie, choćby swoimi własnymi, mugolskimi sposobami. W końcu w jakiś sposób uczestniczyła w jednej z napaści. Widziała, jak śmierciożery spalają wszystko żywcem, jak niszczą wszystko, co napotkają. Jednak nie mogła tego zrozumieć. Musieli mieć w tym jakiś cel. Może najwyraźniej naprawdę czegoś szukali. Ale czego? Czego mogliby szukać w dolinie, gdzie prawie nikt nie ingeruje w sprawie wojny, która teoretycznie się już zakończyła. Chociaż Voldemort zdobył rozumy połowy magicznego świata, to wciąż poszukiwał, a może i nawet zmuszał ludzi do zostania jego zwolennikami. Podbił już tak wiele miejsc, a wciąż czuł rządze pożądania. Chciał więcej, pożądał więcej. Zapomniał o tym, że w każdej chwili może stracić to, co do tej pory udało mu się zdobyć. Skupił się wyłącznie na nowościach, tylko to go interesowało.

W końcu Lily ruszyła się z miejsca i podążyła za przyjaciółką. Śnieg, który opadał na dróżkę natychmiast znikał, a temperatura była wyższa niż na otwartym terenie. Kilkanaście sekund później znalazły się pod jednym z małych domków. Lily w końcu mogła się mu bliżej przyjrzeć. Ściany jak i były tak i są białe, trzy okna zostały zamienione na jedno malutkie a dębowe drzwi zastąpiły sosnowe deski z byle jak przyczepioną klamką. Addie pociągnęła za nią, otwierając tym samym drzwi. Dziewczyny weszły do środka.Ku zdziwieniu Lily wnętrze nie zmieniło się ani trochę. Na zewnątrz budynek wydawał się bardzo mały, ale w środku wciąż pozostał takiej samej wielkości. Jednak dało się zauważyć niewielkie zmiany. Niektóre obrazy zamieniły się miejscami, żyrandole były wyraźniej czystsze i bardziej lśniące, spod podłogi dało się usłyszeć cichą, świąteczną muzykę, a w każdym znajdował się jakiś akcent świąteczny. Lily w końcu odetchnęła z ulgą. Rozebrała się, wieszając ubranie na jednym z haczyków umieszczonych przy drzwiach. Addie zrobiła to samo. Obie weszły w głąb mieszkania. Zapach cynamonu i lukrecji wymieszał się z wanilią, i cytryną. Nagle przed dziewczynami pojawiła się mała istota z wyłupiastymi, niebieskimi oczami.
-Och, panienka Gardini. Pani moja prosi do jadalni, tak, zaprasza do jadalni panienkę i jej towarzyszkę.- skrzatka wykonała głęboki, wdzięczny ukłon w stronę szesnastolatek.
-Dziękuję Ci, Gildo.- odpowiedziała Addie, lekko uginając kolana. Gdy tylko skrzatka zniknęła w kuchni, dziewczyna odchrząknęła i spojrzała z uśmiechem na przyjaciółkę. 
-To była skrzatka domowa, wiesz… gotowanie, sprzątanie, pranie i takie inne rzeczy. Mój tata zaoferował jej pracę, zgodziła się natychmiast.- opowiedziała.
-Hmm, Gilda…- wycedziła z namysłem Lily, poruszając nieznacznie brwiami.
-Jak to mawia szanowny pan Gardini: historia nadania tego imienia jest  równie dziwna jak ono same. Przyzwyczaisz się.- puściła jej oczko, po chwili łapiąc ją pod ramię i ciągnąc w stronę jadalni. Ich oczom ukazał się pokaźnej wielkości stół, nakryty śnieżnobiałym obrusem. Blady sufit pokrywały teraz trzy, uśmiechnięte postacie, przedstawiające domowników. Między nimi znajdował się pozłacany żyrandol. 
-O, już jesteście.- ciepły, delikatny ton obiegł ściany pomieszczenia.
-Cześć mamo.- odpowiedziała Addie melodyjnym głosem. 
-Dobry wieczór.- uśmiechnęła się głęboko Lily.
-No, siadajcie. Mam nadzieję, że nic nie zakłóciło Waszej drogi do domu?- zapytała z niepokojem w głosie Marie, obserwując zasiadające do stołu szesnastolatki. 
-Tak, mamo, wszystko było w porządku. Tak na marginesie- gdzie jest tata?- powiedziała dosuwając krzesło.
-Znowu gdzieś zniknął - Marie machnęła ręką, uśmiechając się nieznacznie- Tak więc dziewczynki, wesołych świąt!- zaśmiała się, pstrykając palcem. Na blacie pojawiło się kilkanaście porcelanowych talerzy, każdy z inną zawartością. Lily ukradkiem oblizała usta, równocześnie składając i dziękując za życzenia. W końcu chwyciła jeden z półmisków, nakładając sobie na talerz małą porcję nieznanej jej mieszkanki warzyw. Każda szklanka została napełniona sokiem dyniowym, który zniknął z nich w mgnieniu oka. Na szczęście za chwilę z powrotem się pojawił. Lily zajęta objadaniem się, śpiewaniem świątecznych piosenek i żartowaniem z kobiecym gronem zupełnie zapomniała o wcześniejszych wydarzeniach. Cieszyła się, że mogła spędzić ten wieczór w najlepszym jak dla niej towarzystwem, wcale się nie przejmując rodzicami. 

Czas płynął nieubłagalnie. Po dobrych dwóch godzinach brudne naczynia zniknęły ze stołu, Marie Gardini zniknęła w kuchni a dziewczyny udały się na pierwsze piętro do pokoju Adelaide. Tutaj też nic się nie zmieniło, prócz dodatkowego łóżka ustawionego w kącie pod oknem, na którym leżała przygotowana już piżama Lily. Połowa zawartości jej szafy została przeniesiona do doliny. Nie wiedziała o tym, ale wolała też nie zagłębiać się bardziej w tą sprawę. Ignorując samoistne pojawienie się jej w domu jej przyjaciółki, założyła ją  opadając bezwładnie na łóżko. Addie wpełzła pod kołdrę, szczelnie się przykrywając. Biorąc z niej przykład Lily zrobiła to samo. Głęboko odetchnęła.
-Kocham Cię, Markley.- nagle usłyszała głos przyjaciółki, odwróconej w jej stronę. Ciemno-brązowe włosy przykrywały jej połowę twarzy, lecz nie zwracała na to uwagi.
-Ja Ciebie też, Gardini.- odpowiedziała, puszczając jej oczko. Chwilę później czarownica odwróciła się na drugi bok, markocąc ciche dobranoc. Lily udała, że tego nie słyszała i przewróciła się w stronę okna. Przed jej oczyma przeleciały jej całe dwa miesiące. Dzisiejszy dzień był zdecydowanie jednym z tych najchaotyczniejszych. Najgorszy, a zarazem najlepszy- skończył się szybko. Z rozmyślań wybił ją widok spadającej gwiazdy. Bez większego zastanowienia wypowiedziała szeptem składankę słów:
-Chcę zostać w dolinie tyle, ile będę chciała. Niczego więcej nie potrzebuję.
Addie uśmiechnęła się pod nosem, lecz nie wiadomo z jakiego powodu- słów przyjaciółki, kaszlnięcia jej ojca, który najwyraźniej pojawił się w domu, czy wyjątkowego snu. W każdym razie chwilę później obie z pewnością znalazły się w objęciach Morfeusza, chrapiąc w niebogłosy. ]

*Bank Grin. już niestety nie istnieje :c
_______
Rozdział po długim czasie zostaje dodany. Jest ciepło, zbliża sie koniec roku- nie mam ochoty ani czasu na spędzanie czasu sama ze sobą, dlatego nie mogę też zbyt dużo pisać. Kolejny rozdział pojawi się myślę, że w czerwcu, kiedy już skończą się te wszystkie poprawy. Tymczasem do następnego!

poniedziałek, 13 maja 2013

Rozdział VII

Dopiero w trakcie kłótni dowiadujemy się co myślą o nas inni...
   Od dobrych kilkunastu dni Londyn był przysypany grubą warstwą puchu. Z nieba co chwilę spadało coraz to więcej białych śnieżynek, a temperatura dała się we znaki każdemu stworzeniu. Ludzie, którzy zazwyczaj oblegali ulice miasta zniknęli gdzieś, z resztą nic dziwnego- były święta, wszyscy powyjeżdżali w odwiedziny do swoich bliskich. Tak samo było też z Lily. Niestety te święta były dla niej definitywnie najgorszymi z najgorszych.

Pierwsze gwiazdy, które pojawiły się na niebie z pewnością je rozświetliły, oczywiście pomijając księżyc, który nie dość że był w pełni, świecił jeszcze mocniej niż zazwyczaj. Jego blask padał na dziewczynę siedzącą w przedziale jednego z pociągów kierujących się do Londynu. Z nogami podwiniętymi pod podbródek spoglądała na ciemną przestrzeń, która rozciągała się za szybą. Jej wzrok przykuł płatek śniegu opadający na okno. Po chwili zamienił się w wodę i spłynął mimowolnie po szkle, chwilę później znikając. To samo działo się na jej policzku. Z czekoladowych oczu wypłynęła mała łza. Sekundę później nie było po niej śladu, w zasadzie pozostała tylko malusieńka, mokra plama odznaczająca się na jeansowych spodniach. Jednak nie zwracała na to uwagi. Nie zwracała uwagi na ludzi mijających jej przedział, nawet konduktora. Co chwilę przypominała jej się scena sprzed kilku godzin, kiedy serce zabolało ją tak mocno, jak nigdy wcześniej.


[…]
-Lily, ile jeszcze będziemy na Ciebie czekać?!- w pokoju rozległ się głos czarnowłosej kobiety, która sekundę wcześniej pojawiła się w drzwiach.
-Najchętniej całą wieczność.- odpowiedziała, z pogardą spoglądając na matkę.
-Nie jestem Twoją koleżanką– wycedziła- Josh, Joshua!- krzyknęła w kierunku schodów, znajdujących się za jej plecami. Kilka sekund później mężczyzna stanął w witrynie, rozglądając się po osobach.
-Co się stało?- zapytał, dość spokojnym tonem.
-Powiedz jej coś, bo dostanę białej gorączki.- Amanda pokręciła negatywnie głową, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
-Och, Lily! Twoja matka dość przez Ciebie wycierpiała…- powiedział pewny siebie, jednak chwilę później ugryzł się w język- to znaczy… nie to miałem na myśli.
-Nic nie rozumiem…- szesnastolatka wstała z łóżka przyjmując prostą postawę-… czyli to moja wina, że zabraliście mnie z sierocińca? To moja wina, że musieliście mnie wychować? To moja wina, że u Was mieszkam?- widocznie się wzburzyła. Jej głos drżał, a skroń z każdym słowem coraz szybciej i mocniej pulsowała.
-To nie o to chodzi…- Joshua wyraźnie się zmieszał. Amandę zaczął ogarniać niepokój, sytuacja z każdą chwilą stawała się coraz bardziej napięta.
-Tak więc o co?! Może o to, że macie mnie dosyć, tak?!- jej twarz przybrała pomidorowy odcień- W takim razie co ja mam powiedzieć? Całe dnie nie ma Was w domu, zajmujecie się tylko i wyłącznie pracą, dla mnie nie macie czasu. I co? Może nie mam racji?- jej głos był znacznie cichszy niż wcześniej, starała się mówić wyraźnie i spokojnie.
-Posłuchaj mnie, gówniaro. Przez tyle lat się Tobą opiekowaliśmy, a ty masz jeszcze do nas pretensje? Równie dobrze mogliśmy zostawić Cię w tym bidulu, albo oddać do niego z powrotem. - mężczyzna zdenerwował się. Amanda położyła dłoń na jego ramieniu, próbując go uspokoić.
-W takim razie zrób to- odpowiedziała, zaciskając pięści- chociaż może będzie lepiej, jeśli sama odejdę.- dodała, podchodząc do szafy. Chwilę później przed łóżkiem stała już walizka.
-Nie zrobisz tego, nie masz gdzie pójść.- wycedził, spoglądając z wyższością na córkę.
-Zdziwisz się, oj zdziwisz.- jej oczy płonęły. Ze złością podeszła do drzwi i szybkim ruchem je zamknęła. Wcześniej małżeństwo wycofało się do tyłu.
Na schodach pojawiła się starsza kobieta, wyraźnie zaniepokojona.
-Co się dzieje? Amando, słyszałam krzyki.- powiedziała, patrząc to na nią, to na jej męża. Ci natomiast ją zignorowali, zbiegając chwilę później na parter. Kobieta zapukała do drzwi Lily.  Nie usłyszała odpowiedzi. Zastanowiła się, a moment później weszła do środka. Dziewczyna zamknęła walizkę, po chwili odwróciła gwałtownie do tyłu.
-Ciociu, wracam do Londynu.- powiedziała, pociągając nosem.
-Co się stało?- zapytała kobieta, próbując poskładać wszystko w całość.
-Nieważne. Jeśli możesz to pozdrów ode mnie wszystkich, dobrze?- odpowiedziała, chwytając walizkę. Skierowała się w stronę drzwi, w międzyczasie całując ciotkę w policzek.
-Na razie.- rzuciła, znikając chwilę później na schodach. Nie wiedziała, co się z nią teraz stanie. Postanowiła uciec.
-Niech idzie, przecież i tak wróci.- Lily wychodząc z domu usłyszała prychnięcie swojego ojca.
-Pieprzcie się!- krzyknęła trzaskając drzwiami. To samo zrobiła z furtkę od podwórka. Poprawiając szalik zawiązany na szyi skierowała się w stronę dworca.
[...]

Z jednej strony postąpiła dobrze, mówiąc o wszystkim rodzicom, z drugiej natomiast zrobiła to zdecydowanie w za ostry sposób- tak przynajmniej sądziła. W ciągu kilku miesięcy pokłóciła się z trzema najważniejszymi dla niej osobami. Addie też ją zawiodła. Z niewiadomo jakich przyczyn zerwała ich przyjaźń, nie odzywały się do siebie przez cały ten okres czasu. Brakowało jej wszystkich spędzonych razem chwil, odprowadzania jej do podziemi. Czasami dziewczyna nie bywała na zajęciach, co tak naprawdę zaniepokoiło Lily. Patrząc z perspektywy czasu,  doszła do wniosku, że mogła się tym zainteresować. Często przechodziły obok siebie, dziewczyna miała nawet wrażenie, że przyjaciółka chciała coś do niej powiedzieć, ale rezygnowała za każdym razem kiedy ich spojrzenia się spotykały.

Szesnastolatka postanowiła wziąć się w garść. Przetarła twarz rękawem, wyprostowała sylwetkę. Po chwili ściągnęła walizkę z półki nad siedzeniem stawiając ją obok. Wyciągnęła z torebki portfel. Sięgnęła po kilka dolarów, które chwilę później schowała do kieszeni płaszcza. Odłożyła wszystko na bok. Do Londynu pozostało tylko kilka kilometrów.

Dziesięć minut później pociąg zatrzymał się na stacji King’s Cross. Dziewczyna wysiadła co chwilę się upewniając, czy niczego nie zapomniała. Roztargnienie jakie jej towarzyszyło od opuszczenia domu ciotki dawało się we znaki. Mijając kolejne perony czuła na sobie wzrok mężczyzny charakteryzującego się kruczoczarnymi włosami sięgającymi do ramion. Zignorowała go. Udała się w stronę przystanku. Zerknęła na zegarek sprawdzając godzinę. Było kilkanaście minut po dziewiętnastej. Spojrzała na rozkład jazdy, po czym ze zrezygnowaniem opadła na ławkę. Jest wigilia- o tej porze nie jeździ już żaden autobus.

-No to pięknie.- powiedziała pod nosem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że naprawdę nie ma gdzie pójść, chociaż perspektywa pozostania na ławce przez całą noc była zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż powrót do domu ciotki. Swoją drogą Londyn o tej porze nie wyglądał wcale jak Londyn. Ulice były opustoszałe, nie było korków jak to zazwyczaj w piątkowy wieczór, a większość ludzi kręcących się wokół albo kierowała się na King’s Cross, albo stamtąd wracała. Dodając do tego wszystkiego śnieg skrzypiący pod nogami i świąteczne ozdoby, nie jest wcale tak źle- pomyślała. Szczerze tęskniła za tymi wszystkimi świecidełkami, łańcuchami ,choinkami, mikołajami, reniferami, piernikami, ciasteczkami, zapachem cynamonu i imbiru. Do tego gorąca czekolada, fotel, kominek, skarpety i książka. Wieczór wprost idealny. Siedząc na przystanku czuła się w zasadzie tak samo jak w domu- pomijając oczywiście chłód, śnieg, czerwone policzki, zmarznięte uszy i palce, no i skarpetki, które tym razem były przemoczone. Nic dziwnego, jeśli chodzi się po głębokim śniegu w trampkach. Ale to właśnie charakteryzowało Lily. Od zawsze była nieokrzesana i niezależna. Nie zwracała uwagi na to, co mówią o niej inni.

Dziewczyna po raz kolejny poprawiła sobie zawiązany szalik, po czym złapała walizkę. Postanowiła wrócić do domu na pieszo. Wyprostowała sylwetkę, pociągając nosem. Już miała ruszać, kiedy usłyszała za plecami chrząknięcie. Odwróciła się gwałtownie, kiedy to ujrzała dobrze znaną jej twarz.

_____

Króciutki, ale nie mam za cholerę czasu i chęci, żeby wyskrobać coś dłuższego- zrobiło się ciepło i takie sprawy. Dodatkowo nie wiedziałam jak opisać tą kłótnię, miałam inną wizję, ale jak wyszło to sami się przekonacie/przekonaliście...Jedyny plus to taki, że znalazłam sposób na HTML. Dobra. Postanowiłam utworzyć zakładkę SPAM, jednocześnie usuwając wszystkie nominacje. 
Enjoy. 

niedziela, 28 kwietnia 2013

Rozdział VI cz.2

   Uścisk był tak mocny, że nie czuła nic innego po za bólem z nim związanym. Zacisnęła zęby próbując odwrócić głowę do tyłu. Niestety mężczyzna nie pozwalał jej na to. Trzymając ją wokół brzucha ciągnął po schodach na niższe piętro. Nie oszczędzał jej bólu, wbijał paznokcie tak mocno, że momentami wydawała z siebie ciche jęki. Przez ciało dziewczyny przechodziły dreszcze. Nie wiedziała co się dzieję, do tego nie była do końca sobą. Nie wiedziała też czego chłopak od niej chce, w zasadzie czego chce od jej przyjaciółki. Prawdopodobnie była w podziemiach całkiem sama, pomijając oczywiście nieznajomego mężczyznę. Przymknęła na chwilę powieki. Chciała krzyknąć, błagać o pomoc, ale gdy otworzyła szerzej usta znalazła się na nich szorstka dłoń. Najwidoczniej mężczyzna przestraszył się, że ktoś może ich przyłapać. Zaciągnął dziewczynę w opustoszały korytarz. Odwrócił ją do siebie i łapiąc za barki przycisnął do ściany. Właśnie wtedy spostrzegła, z kim ma do czynienia. Platynowa grzywka opadała bezwładnie na czoło, a stalowe oczy arogancko się jej przyglądały. Nie było w nich ani grama szczęścia, nie były takie same jak ostatnim razem kiedy go widziała. Tylko czego Malfoy chciał od Addie? Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź, jednak ta nie rozwiązała problemu:
-Czyżby nasza mała pani Gardini się zgubiła, hm?- wycedził przez zęby uśmiechając się szyderczo. Uwolnił jednak dziewczynę z uścisku i pozwolił jej swobodnie opaść na ścianę.
-A gdzie Twoja koleżanka? Wydaję mi się, że coś sobie obiecaliśmy? Mam nadzieję, że nie puściłaś pary. Wiesz, że to by się źle skończyło- podszedł bliżej, ich twarze dzieliły milimetry. Lily słyszała jego przyspieszony oddech, żyłki w jego oczach stały się nadzwyczaj czerwone. Nie wiedziała co zrobić, nie wiedziała nawet o czym on mówi. Zorientowała się tylko, że chodzi tu o nią. Czy Addie coś przed nią ukrywała? Czy może coś się stało? Pytań nie było końca. 

Postanowiła spróbować uciec. Podniosła rękę z zamiarem odepchnięcia chłopaka do tyłu, jednak ten złapał ją za nadgarstek. Dziewczyna pisnęła jak mysz uciekająca przed kotem, jak mysz błagająca o uwolnienie, jak mysz, której działa się krzywda.
-Gdzie tak szybko uciekasz? Mamy przecież do obgadania jeszcze parę spraw, nie sądzisz?- rzucił w jej stronę unieruchamiające spojrzenie. Było takie puste. Takie zimne. Ale jednak wcześniej ją uratował. Tylko dlaczego właśnie ją? Znał jej nazwisko, być może imię… Powiedział nawet, że się kiedyś spotkali. Ale ona go nie pamiętała. Nie pamiętała jego platynowych włosów, stalowych oczu. Nie pamiętała niczego. W każdym razie on ją znał. Tylko skąd? 

-W takim razie chyba zaczniemy od początku, bo widzę, że zapomniałaś już o war…. Zaraz, co to jest?- mężczyzna złapał Lily za włosy i pociągnął jak najmocniej mógł. Przybliżył ją do siebie. Coś nie pasowało. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że eliksir przestawał działać. Blond włosy powoli stawały się ciemniejsze, na tęczówkach pojawiły się widoczne gołym okiem czekoladowe plamy, z każdą sekundą stawała się coraz wyższa, aż w końcu podrosła kilka cali. Malfoy odszedł krok do tyłu przyglądając się z uwagą dziewczynie, wytężył wzrok. Nie zdawał sobie sprawy że rozmawiał właśnie z nią a nie Gardini. Po chwili jednak powrócił do swojej wcześniejszej postawy odchrząkując:
-Eliksir Wielosokowy. Czego innego mogłem się spodzie…- mówił powstrzymując się od śmiechu, ale po raz kolejny nie udało mu się dokończyć zdania. Zza ściany wyjawiła się damska sylwetka, była to Addie.
-…spodziewać po tej durnej dziewczynie, to miałeś zamiar powiedzieć?- uśmiechnęła się szeroko w stronę Lily, po chwili rzucając w stronę chłopaka chłodne spojrzenie.
-Niczego się nie nauczyłeś Malfoy, niczego.- powiedziała kręcąc negatywnie głową. Podeszła leniwym krokiem do przyjaciółki wyciągając z kieszeni różdżkę. Mocno zacisnęła ją w dłoni, wciąż spoglądając na mężczyznę.
- Już na pierwszy rzut oka widać, że jesteś durna- wyszczebiotał- kolor włosów mówi sam za siebie, Gardini- parsknął śmiechem, przyglądając się Lily- jesteś świadoma na co ją naraziłaś, dając jej ten eliksir? Dobrze wiesz, jak mogło się to skończyć!- powiedział, ściszając stopniowo głos.
-Nie bądź taki mądry, Malfoy. Mam swój rozum, gdybym jej tu nie wysłała mogłabym spokojnie powiedzieć śmierciożercom, że tu jesteś. Z pewnością oszczędzili by dolinę i zajęli by się Tobą. Ale nie, zrobiłam inaczej, by chronić Twój żałosny tyłeczek. Wiedziałam, że jesteś skończonym egoistą, ale nie myślałam , że aż takim.- odpowiedziała jednym tchem, rzucając wzrokiem w stronę Lily. Ta stała nieruchomo przyglądając się całej sytuacji. Była wyraźnie zdezorientowana. 
-Zaraz, śmierciożercy napadli na dolinę? Trzeba było od razu powiedzieć, a nie zgrywać wielką paniusię.- lekko się przestraszył, ale nie dał tego po sobie poznać.
-I kto tu zgrywa paniusię Malfoy, lepiej idź się schowaj bo jeszcze jakiś wyskoczy zza rogu i Cię zaatakuje. Buu! Lily, chodź, idziemy.- złapała przyjaciółkę za rękę i pociągnęła ją za sobą. W mgnieniu oka znalazły się piętro wyżej.

-O-od kiedy tam byłaś, co?- zapytała niepewnie brązowooka. 
-Od samego początku- odpowiedziała- szczęście, że się nie rozgadał.- to powiedziała już raczej do siebie pod nosem. Wypuściła powietrze z ust.-Ale o czym on w zasadzie mówił?- Addie wiedziała, że przyjaciółka o to zapyta. Nie odpowiedziała jej, stała przed nią w bez ruchu nie odzywając się. Jedyne co przyszło jej na myśl to ulotnienie się i zostawienie jej samej. Ale nie mogła. Nie w takim momencie. 

Pociągnęła ją pod ścianę. Już po chwili były w kuchni Lily. W powietrzu unosił się zapach dopiero co spalonego papierosa. Z drugiego pokoju można było usłyszeć krzyki. Państwo Markley byli właśnie w trakcie kłótni. Lily nie znosiła, kiedy w domu panowała taka atmosfera, ale przyzwyczaiła się do tego. Addie machnęła różdżką i zasunęła drzwi od pomieszczenia.
 -Słuchaj Lily, sądzę, że będzie bezpieczniej, jeśli na jakiś czas urwiemy nasz kontakt- powiedziała dość niewyraźnie, strasznie się mieszając.- to ja chyba wrócę do domu, zostawmy siebie nawzajem w spokoju, to znaczy….cześć!- Addie otworzyła klapę od kosza, wyciągnęła różdżkę, wypowiedziała zaklęcie i weszła do środka. Kiedy chciała z powrotem schować ją do kieszeni wypadła jej z rąk i przeturlała się w stronę Lily.
-Addie, czekaj, różdżka!- dziewczyna chwyciła przedmiot rzucając się w stronę kosza na śmieci, który moment wcześniej się zamknął. Otworzyła go ponownie, lecz nie ujrzała w nim przyjaciółki. Usłyszała jednak dźwięk rozsuwania się drzwi: 
-O, Lily skarbie. Już jesteś. Po co Ci kawałek tego drewna?- wzrok Amandy Markley przykuła różdżka- Ach, pewnie chciałaś go wyrzucić, no tak. Wrócimy z ojcem wieczorem,  z resztą tak jak zwykle. Dobranoc!- wycedziła i zniknęła z powrotem za drzwiami. Lily tylko przytaknęła zerkając na zegarek. Za piętnaście dziewiąta. Nie dość, że jej matka zdziwiła się jej rzekomo szybkim powrotem, to parsknęła jeszcze o tym, że wróci do domu wieczorem. Ale był już wieczór. Na szczęście dziewczyna przyzwyczaiła się do tego typu sytuacji. Nagle spostrzegła, że w ręku nadal ma różdżkę Addie. Nie wiedziała, jak ma jej ją oddać. Zdecydowanym ruchem otworzyła klapę od kosza. Nie wiedziała co robi, wiedziała tylko jaki e ma intencje:
-Aperi!- wykrzyknęła wykonując gwałtowny ruch różdżką. Nie miała pojęcia, czy się udało, czy jednak robi z siebie idiotkę. Weszła do kosza obiema nogami. Sprawiło jej to wielką trudność- nigdy wcześniej nie zanurzała stóp w śmieciach. Ale czego innego można spodziewać się po magii. Zawsze jest nieprzewidywalna. Tak jak w tym momencie. 

Lily poczuła wibracje, wszystko zaczęło wirować. Kosz ciągnął ją w dół. Czuła, jak spada. Czuła bezwład, nie mogła poruszyć ani nogami, ani rękami. Jednak była świadoma tego, że różdżka znajduje się nadal w jej prawej dłoni. Zacisnęła ją mocniej. W pewnej chwili opadła z lekkością na ziemię, czuła grunt pod nogami. Otworzyła oczy. Znajdowała się pod dobrze znanym jej dębem. Kątem oka zauważyła blond włosy. Pod drzewem siedziała skulona Addie, z przymkniętymi powiekami. 
-Addie…- powiedziała szeptem, gdyż nadal  nie mogła otrząsnąć się po podróży. Pierwszy raz podróżowała w taki sposób, dziwny sposób. Addie słysząc swoje imię oprzytomniała i wstała na równe nogi. Objęła wzrokiem przyjaciółkę, bacznie się jej przyglądając.
-Jak ty… Jak się tu znalazłaś?- rzuciła, przecierając oczy.
-Domyślam się, że tak samo jak ty. To chyba Twoje.- wyciągnęła w jej stronę prawą dłoń, w której znajdowała się brązowa różdżka. 
-Dzięki…- odpowiedziała zabierając przedmiot, lecz stała wciąż z otwartą buzią. Lily nie wiedziała o co jej chodzi. 
- To może powiesz mi teraz o co mu chodz…- brązowowłosa nie zdążyła dokończyć, kiedy wtrąciła się jej przyjaciółka.
-Lily, zrozum. Zrobiło się strasznie niebezpiecznie, dlatego najlepiej będzie, jeśli zachowamy między sobą odpowiedni dystans, to znaczy… wiesz o co mi chodzi. Uwierz. Naprawdę. Teraz lepiej wróć do domu, nie martw się o mnie, zajmij się swoim życiem, ja zajmę się swoim. Tak będzie bezpieczniej. Idź.- Addie popchnęła dziewczynę w stronę pnia. Po chwili Lily znalazła się z powrotem w swoim domu. W głowie słyszała tylko głos swojej przyjaciółki mówiący „Odpowiedni dystans” przeplatany wraz z jej imieniem.
"Pieprzony dystans, ha"- pomyślała. To co się dzisiaj zdarzyło obróciło jej życie o całe 180 stopni. Opadła na krzesło podpierając głowę dłońmi. Głośno się zaśmiała, a po kilku minutach zsunęła się na podłogę i zasnęła.

______________
Nie wiem czemu akurat w tym opowiadaniu rozdziały są krótkie, a wczoraj z nudów napisałam jakiś bezsensowny ff na cztery strony... Nie rozumiem. W każdym razie ten rozdział jest totalną klapą, nie potrafię opisywać takich sytuacji & w następnym będzie podobnie, bo nigdy się w podobnych nie znalazłam(i obym nie musiała), dlatego opisy wraz z dialogami mogą być tandetne. Jednak mimo wszystko życzę Wam miłej lektury, liczę na uwagi+ jeśli ktoś zauważy jakikolwiek błąd niech napisze w komentarzu(pieprzone HTML). No dobra, to chyba wszystko. Tak więc część i do następnego!

niedziela, 21 kwietnia 2013

Rozdział VI cz.1

tajemnica przyciąga tajemnicę....   
   Adelaide pospiesznie zaciągnęła przyjaciółkę do kuchni, gdzie krzątała się pani domu: 
-Witajcie dzi….- Marie Gardini nie zdążyła nawet się z nimi przywitać, gdyż Addie już przy wejściu rzuciła w jej stronę niepewny uśmiech:
-Mamo, chyba już pora. Ona… widziała dementora, nie możemy dłużej…- Marie spoglądała na dziewczyny z zainteresowaniem, wyraźnie się podekscytowała, lecz na jej twarzy można było zauważyć niepokój- po prostu jej powiedz, na pewno zrozumie- Addie opadła na krzesło ze zrezygnowaniem, kiedy to na zewnątrz rozległ się przeraźliwy, piskliwy krzyk. Wszyscy, oprócz pana Gardini, wybiegli pospiesznie z mieszkania rozglądając się wokół. Marie Gardini spojrzała w stronę alejki ze sklepami, kiedy tą będący na niej ludzie rzucili się do ucieczki. Zdezorientowana zaczęła biec w przeciwnym kierunku, nagle zza jednego z budynków wyłoniło się kilka, a później kilkanaście zamaskowanych czarodziei. Wszystko co mijali zamieniało się w wielkie ognisko, chmary dymu unosiły się w powietrzu rozprzestrzeniając niemiły, kręcący w nosach zapach:
-To śmierciożercy, spadamy- Addie choć tak naprawdę się bała, starała się tego nie okazywać. Zachowując zimną krew złapała przyjaciółkę za dłoń i pociągnęła w kierunku polany, z jedynym, dobrze znanym dla Lily dębem. W międzyczasie Gardini wyciągnęła z kieszeni fiolkę, którą miesiąc wcześniej- można powiedzieć wykradła, ze szkolnego zbioru eliksirów:
-Lily, wyrwij mi jeden, mały włos.- dysząc rzuciła w stronę towarzyszki.
-Włos, zwariowałaś? W jakim celu?- spojrzała na nią z zdezorientowaniem. 
-Zrób co każe.- odpowiedziała poważnym tonem. Lily posłuchała koleżanki i szybkim, zdecydowanym ruchem pozbyła ją jednego z krótszych włosów, przy czym Addie cicho jęknęła.

W tym momencie przystanęły pod opustoszałymi gałęziami starego dębu. Kolorowe, choć już zgniłe liście szeleściły pod ich nogami, zagłuszając krzyki dobiegające z oddali. Addie spojrzała badawczo w stronę swojego domu, do którego zbliżało się kilku śmierciożerców:
-To eliksir wielosokowy, wypij go, będziesz przez jakiś czas wyglądać jak ja. Idź do McGonnagall i powiedz jej o śmierciożercach, ona będzie wiedziała co zrobić- panna Gardini wrzuciła do otwartej fiolki wyrwany wcześniej włos i zatrzęsła nią. Podała ją towarzyszce, która spojrzała na niego z niechęcią:
-Naprawdę nie wiem czy to dobry pomysł, nie lepiej, żebyś sama do niej poszła?- Lily zapytała z dużym przejęciem. Bała się, że coś pójdzie nie tak, wskutek czego ktoś zostanie poszkodowany. Bała się o przyjaciółkę, bała się, że coś jej się stanie. Jej głowa była pełna wątpliwości, pierwszy a zarazem nie ostatni raz znalazła się w takiej sytuacji. 
-Nie marudź, pij szybciej.- ponagliła ją Addie. Lily posłała jej ironiczny uśmiech, po chwili przyłożyła fiolkę do ust i z wielkim trudem  wypiła jej zawartość. Skręciło ją w żołądku, miała odruch wymiotny- sam zapach ją odrażał, a kiedy poczuła  smak wywaru poczuła się jeszcze gorzej. 

Nagle zmniejszyła się do wzrostu swojej przyjaciółki, jej ciało zaczęło zmieniać kształt. Włosy zmieniły kolor na ciemny blond, tęczówki stały się niebiesko-zielone, a z nosa zniknęło kilkanaście brązowiutkich piegów. Addie wyciągnęła różdżkę, przytuliła przyjaciółkę, która akurat w tej chwili wyglądała tak samo jak ona, po czym obróciła się na pięcie i pobiegła w stronę domu, w którym przebywał jej nieświadomy niczego ojciec:
-Proszę, zrób to najszybciej jak możesz!- wykrzyczała drżącym głosem. Lily nie mogła uwierzyć w to co się przed chwilą stało, wyglądała identycznie jak Addie. 

Stojąc tak jeszcze przez kilka sekund w końcu obróciła się i przeszła przez drzewo. Znalazła się w zapuszczonej uliczce, za pośrednictwem której zazwyczaj dostawała się do doliny. Bez chwili namysłu ruszyła przed siebie, dokładniej w stronę szkoły. Przypomniała sobie nagle, że żeby dostać się do profesor McGonagall musi wejść do kotłowni, co równa się z posiadaniem różdżki i rzuceniem zaklęcia. Jednak postanowiła nie tracić na to czasu i zaczęła biec ile sił w nogach. Po kilku minutach była już przy wejściu do budynku. Przed chwilą wybiła godzina siedemnasta, więc na korytarzach nikogo już nie było. Oczywiście było to na plus, szczególnie dla szesnastolatki. 

Moment później znajdowała się pod drzwiami do kotłowni, stukając w nie i wypowiadając różne dziwne słowa nie doprowadziła do niczego. Zrezygnowana zaczęła się modlić, aby ktoś wyszedł z podziemi w ciągu najbliższych kilku minut. Jej prośba najwyraźniej została wysłuchana, gdyż po kilkunastu sekundach klamka się przekręciła a zza drzwi wyłoniła się damska sylwetka:
-O, cześć Addie. Czemu nie było Cię dziś na spotkaniu? McGonnagall się o Ciebie pytała, nie wyglądała na zadowoloną.- z ust rudowłosej dziewczyny wydobył się lekko piskliwy głos. Rzuciła uśmiechem w stronę Lily, która próbowała nie dać po sobie niczego poznać:
-T-tak? T-to ja może lepiej już do niej pójdę, cześć!- rzuciła wchodząc pospiesznie do środka. Na szczęście nie była to kotłownia, a kamienny korytarz. Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Ku jej zdziwieniu drzwi od komnaty zmniejszały się z każdą sekundą, dlatego ta zaczęła biec w ich stronę chcąc się przez nie przedostać:
-Całe szczęście.- powiedziała do siebie szeptem, rozglądając się wokół. Nie była już na korytarzu, znajdowała się w dobrze znanym jej miejscu. 

Już przy wejściu czuła na sobie czyjś wzrok, pomyślała, że to znowu mężczyzna z obrazu ją dręczy, ale po chwili przypomniała sobie, że przecież nie jest sobą. Dziewczyna ruszyła do przodu i za chwilę była już na pierwszym piętrze. Biegła korytarzem kierując się głosami dochodzącymi z jego końca. Kilka sekund później ujrzała przed sobą kobietę w podeszłym wieku z włosami upiętymi na górze głowy i czarną, już starą szatą. Obok niej stał wysoki brunet, który niczym nie przypominał żadnego z uczniów:
-O, panna Gardini, dlaczego nie było dziś pani na zajęciach? Ręczę za siebie, że kilkanaście minut przed ich rozpoczęciem widziałam panią w Condumusie, nie mylę się?- powiedziała chłodnym tonem widząc swoją uczennicę.
-P-pani profesor, pani profesor McGonaggall.- wyjąkała.
-Tak, panno Gardini? Co ma pani na swoje usprawiedliwienie? – objęła ją poważnym wzrokiem.
-Pani profesor, to nie jest teraz istotne. Śmierciożercy w dolinie, tak, właśnie. Śmierciożercy napadli na dolinę pani profesor, Addie prosiła mnie, żebym pa…- Lily załamała się w środku z powodu swojej głupoty, po chwili dokańczając- znaczy mama, mama prosiła, żebym panią powiadomiła. To ważne, tak, bardzo ważne- odetchnęła- to ja już pójdę, mogą potrzebować mojej pomocy, tak, potrzebować pomocy. Dowidzenia. – rzuciła i obróciła się na pięcie, po chwili znikając na schodach. McGonaggall patrzyła na nią z niedowierzeniem, ale wzięła jej informację do serca, gdyż sekundę później nie było po niej ani śladu. Burnet udał się w przeciwnym kierunku, jakby ulatniając się w powietrze. 

Lily kierowała się w stronę drzwi wyjściowych, kiedy poczuła czyjeś ręce na talii, a w nosie intensywny zapach męskich perfum.



______

Jeśli jest coś źle z estetyką, układem, ortografią czy czymkolwiek innym- piszcie. Muszę się bawić HTML zanim dodam rozdział, więc mogłam przez przypadek coś usunąć bądź przeoczyć. Zapraszam do czytania ;)