"magic all around us"
Kobieca sylwetka przemierzała korytarz. Odgłos obcasów dało się słyszeć nawet w dolnej części budynku, co poniektórych irytowało. Blade, żółte ściany wzbudzały zainteresowanie pary niebiesko-zielonych oczu- choć od kilku lat nic się w nich nie zmieniło, nie wydawały się już takie same:-Addie, nareszcie Cię znalazłam! - wykrzyczała dziewczyna idąca z naprzeciwka. W brązowych tęczówkach można było zauważyć blask radości, mocno oddziaływującej na otoczenie. Dziewczyny zbliżyły się do siebie i przyjacielsko uścisnęły. Wiedziały, że to ostatni rok w tej szkole. Zapowiadał się niezwykle, codzienna rutyna miała w końcu się skończyć. Ale tak naprawdę nie były świadome tego, co ich naprawdę spotka.-Mam już plan zajęć na jutro, co myślisz o kawie i ciastku na uczczenie końca wakacji, hm?- malinowe usta wydobyły z siebie delikatną, ciepłą barwę, choć lekko zachrypniętą. Dziewczyna zarzuciła pytającym wzrokiem w stronę towarzyszki, uśmiechając się szeroko:
-Rozumiem Twój zapał, Lily, ale muszę jeszcze po coś skoczyć… Z resztą, pójdziesz ze mną, chyba nie nie masz nic przeciwko?- zapytała, jakby upewniając się, Adelaide Gardini- czarownica czystej krwi, pomijając oczywiście jej ojca- charłaka. Będąc w Hogwarcie tiara przydziału znalazła jej miejsce w Gryffindorze, na jednym roku z Potterem. Po incydencie z Kamieniem Filozoficznym wraz z profesor McGonnagall i kilkoma innymi uczniami uciekła do Londynu, odrywając się od świata magii. Chociaż nie całkowicie:
-Nie żartuj, tylko chodź. Im szybciej pójdziemy, tym szybciej wrócimy. -Już nie filozofuj- Addie wzięła przyjaciółkę pod rękę, po czym żwawo udała się na dolne piętro szkoły. Wiedziała, że gdyby ktoś dowiedział się o tym, że Lily wie o magii, o tym wszystkim co się wydarzyło, byłoby po niej. Dlatego starała się przy niej nie ujawniać swoich zdolności, a przede wszystkim nie zaprowadzać jej do tych szczególnie niebezpiecznych miejsc. Wyjątkiem była dolina, w której mieszkali państwo Gardini. Na szczęście nie sprzeciwiali się temu, aby przyjaciółka ich córki nie wiedziała o tym, z czym ma do czynienia.
Dziewczęta zwinnie podeszły pod stare, drewniane drzwi. Było to wejście do szkolnej kotłowni. Nikt oprócz woźnego i personelu liceum nie bywał tam systematycznie, dlatego też było to idealne miejsce na magię. Prawdziwą magię. Addie wyciągnęła sprawnie długą, brązową różdżkę i stuknęła trzy razy w zardzewiałą klamkę. Odsunęła się dwa kroki w tył, po chwili wypowiadając zaklęcie dobrze znane obu dziewczynom: -Alohomora- głos uczennicy lekko zadrżał. Nie całą sekundę później dłoń Addie wylądowała na klamce, obkręcając ją kilkukrotnie popchnęła drzwi i weszła do środka. Pociągnęła za sobą Lily, rozglądając się ponownie. Pomieszczenie nie przypominało ani wcale kotłowni. W zasadzie był to korytarz wyłożony szarym kamieniem, lekko już zniszczonym. Na jego końcu znajdowała się duża ściana. Addie wykonała pokaźny ruch różdżką, wskutek czego przed ich oczami ukazały się wielkie, pozłacane drzwi, które pod wpływem popchnięcia odkryły tajemnicę szkoły. Wielka komnata z kilkoma parami kamiennych schodów, ściany pokryte jasną farbą i ruszającymi się obrazami. Na samej górze wisiał zdobiony żyrandol , który jak się okazało był tylko atrapą. Dziewczyny delikatnymi krokami weszły w głąb, Lily rozglądała się z niedowierzeniem- z resztą tak jak za każdym razem gdy odwiedzała to miejsce.
W pewnej chwili dziewczyny usłyszały kroki dochodzące z górnego piętra. Stukot był donośny, dlatego w ułamku sekundy Adelaide zbystrzała i popchnęła koleżankę za marmurowy posąg usadowiony obok. Nagle zza ściany wyłoniła się postać kobiety w można powiedzieć podeszłym wieku. Była to profesor McGonnagall. Jej już dość stara szata sunęła końcem po podłodze wyłożonej kamiennymi kaflami:
-Schowaj się i bądź cicho, jasne?- rzuciła w stronę szatynki Addie, po chwili przesunęła się kilka kroków w przód. Kobieca sylwetka zbliżała się w stronę dziewczyny, wolnym ale dostojnym krokiem. Zaczarowane schody przesuwały się zmieniając kierunek. Lily obserwowała wszystko z ukrycia, nagle zza jej pleców dało się usłyszeć szepty:
-Mugol, mugol, mugol!- mężczyzna na jednym z obrazów poruszył swoim wąsem uśmiechając się szyderczo pod nosem:
-Zamknij się, Frankie! Przecież nikt nie wpuszcza tu mugoli wariacie!- melodyjny głos wtrącił się między słowa mężczyzny, ten po chwili umilkł zasiadając na swoim drewnianym krześle. Kobieta na sąsiednim obrazie ukłoniła się w stronę Lily i puściła jej oczko. Dziewczyna gwałtownie przewróciła oczyma badawczo przyglądając się sytuacji za posągiem:
-Gardini, co ty tu robisz o tej porze? Spotkania zaczynają się od jutra, chyba dobrze o tym wiesz droga panno?- zachrypnięty głos wydobył się ze spierzchniętych ust Minewry McGonnagall.
-Tak pani profesor, wiem o tym doskonale. Ale zostawiłam tu ostatnio coś ważnego.- Adelaide rzuciła w jej stronę błagalne spojrzenie, uśmiechając się prawie że niezauważalnie:
-No dobrze, idź. Tylko nie przebywaj tu za długo, zrozumiano? Dobrze wiesz, że nie jest tu już tak bezpiecznie jak kiedyś- McGonnagall ruszyła do przodu, po chwili zniknęła w dolnej partii komnaty. W zasadzie nie można tego miejsca tak nazwać. To była cząstka Hogwartu, jaką udało się odtworzyć. To właśnie w tym miejscu spotykali się czarodzieje przygotowując się do możliwej walki z Voldemortem, która mogła nadejść w każdej chwili.
Addie gestem kazała podejść do siebie przyjaciółce, po chwili wzięła ją pod pachę i rzuciła pogardliwym wzrokiem w stronę obrazu z wąsatym mężczyzną:
-Nie przejmuj się nim, dobrze, że nie krzyczał. Ale już taki jest, uczulony na wszystko i wszystkich- ruszając do przodu wydobyła z siebie kilka nieznacznych słów i uśmiechnęła się pod nosem. Dziewczyny weszły na schody wolnym krokiem przemieszczając się po stopniach. Były równe wzrostem, choć to tylko wina szpilek Addie, która bez nich nie dosięgała przyjaciółce do czoła. W każdym razie różnice między nimi nie sprawiały większych kłopotów. Przyjaźniły się już od 10 lat, Addie wykazywała magiczne zdolności we wczesnym dzieciństwie. Podzieliła się tym z przyjaciółką w wieku 11 lat, kiedy to dostała list ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Ale to tylko wzmocniło ich więź.
Dziewczyny były już na pierwszym piętrze. Korytarz przypominał miejsce, w którym przebywały wcześniej. Wyjątkiem były świece, które ze względu na wczesną porę nie były zapalone, ale gołym okiem można było zauważyć, że każda z nich jest oddalona od siebie równo o jeden metr. Nagle Lily poczuła zapach męskich perfum, był dość wyrazisty. Obejrzała się dookoła. Nagle dostrzegła mężczyznę wysokiej postury ubranego w czarny płaszcz. Jego charakterystyczną cechą były jasne, prawie że białe włosy. Niestety był odwrócony tyłem, więc nie zauważyła jego twarzy. W każdym razie nie przejęła się tym zbytnio- w końcu kręcili się tu różni ludzie. Miała tylko nadzieje, że nie dostrzegł tego, że jest nie magiczna. To byłaby katastrofa.
Przyjaciółki znalazły się przed brązowymi drzwiami. Addie nacisnęła na klamkę i pociągając Lily weszła do środka. Wokół rozciągały się półki z fiolkami, różniącymi się nie tylko zawartością, ale też kształtem i kolorem:
-Accio Eliksir Wielosokowy- Gardini wyciągnęła różdżkę i wypowiedziała zaklęcie. Po chwili w jej ręku pojawiła się poręczna, mała fiolka z czarną zakrętką i wcześniej podaną przez nią wytłuszczoną nazwą. Lily spojrzała na przyjaciółkę badawczo, przyglądając się w między czasie buteleczce:
-Nikogo tu nie było, jasne?- Addie wyszeptała te słowa zachowując kamienny wyraz twarzy i podrzucając schowała fiolkę w kieszeni.
_____
Krótki, zwięzły i na temat. Rozdziały będą pojawiać się w miarę systematycznie, postaram się w każdą sobotę lub niedzielę coś wyskrobać.
Cześć ];->