niedziela, 4 lutego 2018

Prolog

Nie wiem czy będę aktualizować bloga na bieżąco, ale zostawiam Wam link do wattpada :) https://www.wattpad.com/story/137445832-toujours-pur-pl
Fabuła, tytuł, bohaterowie... wszystko podległo lekkiej zmianie, jednak główny wątek historii pozostał taki sam. Zapraszam!








Księżyc był już wysoko na niebie, a nieskazitelną ciszę przerywało od czasu do czasu pohukiwanie zamieszkującej pobliskie drzewo sowy. Spokojne noce jak ta zdarzały się z każdym miesiącem coraz rzadziej. Czarny Pan, rosnący w siłę już nieprzerwanie od sześciu lat, postanowił postawić kolejny krok i zająć się światem mugoli. Tym razem swoje plany rozłożył w czasie, ponieważ- jak sądził- nic ani nikt nie mógł mu już w tym przeszkodzić, dlatego powolne przejmowanie władzy nad światem miało być dla niego długoterminową przyjemnością. W końcu nic nie przynosiło mu takiej satysfakcji jak widok rozlanej, nieczarodziejskiej krwi.

Nagle, nie wiadomo skąd, na skraju lasu pojawiły się trzy sylwetki- młody chłopak, którego jedna z dwóch towarzyszących mu kobiet trzymała mocno za rękę.Wszyscy mieli na sobie długie czarne szaty i zarzucone na głowy kaptury. Rozglądali się gorączkowo dookoła, próbując określić swoje położenie. W pewnym momencie kobieta, która miała wolne obie dłonie, wskazała jedną z nich południe. Cała trójka od razu rzuciła się w tym kierunku. Panującą dotychczas ciszę zakłócały łamane co chwilę gałęzie i szelest liści.


-To tutaj.- oznajmił zdyszany, damski głos. Kobieta wzięła głęboki oddech, po czym zdjęła z głowy kaptur. Miała lekko kręcone czarne włosy, lekko okalające ramiona.

-McGonagall powinna być lada chwila.- druga z nich zsunęła swój kaptur w dół, uwalniając się wcześniej z uścisku dłoni chłopaka. Ten zrobił to samo, patrząc na nią z przerażeniem.
Oboje mieli podobne rysy, byli podobnie bladzi, a na ich twarzach widoczne było podobne zmęczenie.
-Draco... pamiętaj o czym rozmawialiśmy. Wiem, że będzie ci ciężko, zdaję sobie z tego bardzo dobrze sprawę.- złapała go za ramiona- Ale mimo wszystko nie możesz nas szukać, wysyłać nam żadnych listów ani nikomu o nas wspominać. Wierzę, że dasz sobie radę. Jesteś bardzo dzielny.
Chłopak kręcił głową w geście zrozumienia, zaciskając zęby i ledwo powstrzymując się od płaczu.
-Wykonuj każde polecenie, wszystko będzie dla twojego własnego bezpieczeństwa. Zaufali nam. Tobie i mi, Draco. Nie możemy tego zmarnować. To ogromna szansa i najlepsze wyjście, jakie istnieje.

Za jego plecami bezszelestnie pojawiła się starsza kobieta, co od razu zauważyła stojąca obok brunetka:

-Pani profesor.- ukłoniła się nieśmiało.
-Panna Galey? Tego się nie spodziewałam. Cieszę się, że żyjesz, jakkolwiek źle to nie zabrzmi.- uśmiechnęła się delikatnie, po czym zwróciła w drugą stronę.- Narcyzo, muszę wyrazić aprobatę dla podjętych przez ciebie decyzji. Co prawda postawiły cię one w ogromnym niebezpieczeństwie, wykazałaś się jednak nieprawdopodobną odwagą, na którą stać niewielu w dzisiejszych czasach.- wzięła głęboki oddech, lustrując wzrokiem stojącego obok chłopaka- Dołożymy jak największych starań, aby Draconowi nie stała się żadna krzywda. Czeka nas lato pełne intensywnej pracy.-westchnęła- Niestety nie mamy zbyt wiele czasu na rozmowę, sama jesteś tego świadoma.
Narcyza przytaknęła, łapiąc syna za rękę i spoglądając mu głęboko w oczy:
-Obiecuję, że zobaczymy się szybciej niż będziesz się tego spodziewał.- przytuliła go mocno, po czym szepnęła mu do ucha- Kocham cię bardzo mocno.
-Ja ciebie też, matko.- wybełkotał łamiącym się głosem, chwilę później odsuwając się od niej.
-Draco. Jeszcze coś.- Narcyza skinęła głową w stronę towarzyszącej im brunetki. Ta spojrzała na niego pełnymi nadziei oczami.
-Postaram się.- powiedział, po czym cofnął krok do tyłu.

Brunetka podeszła do Narcyzy i złapała ją pod ramię. Obie z bólem spoglądały na Dracona, który stał utkwiony w uścisku byłej nauczycielki Hogwartu.

-Powodzenia, na pewno Wam się przyda.- powiedziała McGonagall, a Narcyza posłała w stronę syna delikatny, pokrzepiający uśmiech. Nie wiadomo jednak, czy zdążył go zauważyć, ponieważ zniknął w prawie że tym samym momencie. Dopiero wtedy jego matka pozwoliła ujść zbierającym się w niej przez cały czas emocjom i rozpłakała się rzewnie w ramionach swojej przyjaciółki, Annabell Narcissy Black.

sobota, 3 lutego 2018

4 lata później

Cześć. 
Ale dziwnie, nie uważacie?

W poprzednim poście napisałam małym druczkiem, że kiedyś to dokończę. Chyba nadszedł ten moment. Naszła mnie ogromna inspiracja- jest to prawdopodobnie spowodowane zbliżającą się maturą, haha. 
Do rzeczy. Przeczytałam to wszystko od deski do deski i muszę przyznać, że ta opowieść miała i nadal ma potencjał. Dlatego też postanowiłam odrobinę ją zmodyfikować i zabrać się za nią od nowa. Jak na początek idzie mi nieźle. Mam nadzieję, że znowu nie poddam się w połowie.
Założę się, że nikt nie pamięta ani mnie, ani Lily. I nie mam tego nikomu za złe. Szczerze to powątpiewam, że przeczyta to którykolwiek ze starych czytelników, ale mimo wszystko chcę przekazać tu tę informację.
Na dniach powinien ukazać się prolog. Prawdopodobnie przeniosę całą historię na wattpada, do którego konkretny link dołączę tu później. 

No cóż, sama nie wiem co mogę jeszcze dodać. Witajcie z powrotem, zapraszam wszystkich do wkroczenia razem ze mną w tą alternatywną rzeczywistość


Kiedyś Fruźka, teraz po prostu Paulina

TAK, ZABRAŁAM SIĘ NIEDAWNO ZA PONOWNE PRZECZYTANIE HP I OSTATNIO ŻYJĘ TYLKO DZIĘKI TEMU

sobota, 30 listopada 2013

Koniec?

Witajcie :) Już na wstępie zawiadamiam, że kolejny rozdział się nie pojawi, chyba, że stanie się coś, co mnie zmotywuje. Nie chodzi o to, że nie mam pomysłu, weny, czy czegokolwiek... nie będę się niczym usprawiedliwiać. Po prostu pisanie mi nie wychodzi. Ostatnimi czasy nie mam na to jakichkolwiek chęci. No dobra, mam, chcę pisać, są takie momenty, że nie mogę wytrzymać i zaczynam coś pisać, ale potem okazuje się, że jest bez sensu. Może coś się zmieni i dokończę tego bloga, zobaczę. Jak na razie to się na to nie zanosi. Może przeczytam ponownie HP? Hm, to coś może dać. W każdym razie teraz przepraszam Was z całego serca. Szczerze, to związałam się z tą całą Markley'ówną, i mimo wszystko trudno byłoby mi się z nią rozstać. Jeśli ktoś zechce- napiszę najwyżej jakiś dłuższy tekst, opisujący dalsze zdarzenia. Historia jest dość długa, albo i krótka. Nie wiem. Spędziłam nad wymyślaniem jej ponad miesiąc- każda kąpiel, problem z zaśnięciem, nudna lekcja. To wszystko dla tej historii :))) A teraz nie ma dla mnie najmniejszego sensu.
No cóż, przepraszam Was najmocniej i ściskam z całej siły. Może kiedyś nadejdzie dzień, w którym z dumą wyznam, że pierwszą rzeczą jaką zrobiłam w kierunku pisania był ten blog. Chcę napisać książkę. Nawet dwie. A nawet i trzy. Mam ułożone historie. Ale nie potrafię związać tego w słowa. Każdy kiedyś miał takie marzenia. W końcu za marzenia się karają :D Huh, dobra, to chyba już koniec. Dzięki za wszystkie komentarze, wyświetlenia... to dla mnie dużo znaczyło. Może niedługo założę kolejny blog, o innej tematyce. Zobaczy się. Teraz jednak się z Wami żegnam. Na ile? Nie wiadomo. Czy wrócę? Zobaczę.

Buziaki.
Fruźka.

PS: Dokończę ten blog. Prędzej czy później, ale dokończę. Nie przegrałam tego. Wierzę, że mi się uda. xoxoxo

czwartek, 26 września 2013

Rozdział X

   Już kilka minut później przekroczyły próg domu, otrzepując się z resztek śniegu. Otwierając drzwi buchnęła na nie duża fala gorącego powietrza, która dała im ukojenie od temperatury panującej na zewnątrz.  W środku wciąż można było wyczuć świąteczne zapachy, w większości były to pozostałości zapachu smakołyków ze stołu poprzedniego wieczora. Święta niestety są tylko raz w roku, więc dziewczyny chciał wykorzystać je do maksimum. 

-O, już jesteście!- usłyszały ciepły głos, dochodzący z kuchni. Chwilę później pojawiła się przed nimi Maria, po kolei całując w policzki Addie i Lily.
-Tak, mamo. Byłyśmy na małych zakupach.- uśmiechnęła się czarownica, wieszając płaszcz na haku. 
-I jak, kupiłyście coś ciekawego?- zapytała.
-Nic wielkiego, małe drobiazgi.- odpowiedziała Lily, pocierając dłonie. Addie w tym czasie zerknęła kątem oka do kuchni, chwilę później wydając z siebie jęk zachwytu:
-O, poczta już przyszła?!- pochwyciła jedną z paczek leżących na stole i rozrywając papier, w którą była zawinięta. 
-Ciocia Daryll przysłała nam słodycze.- dopowiedziała, przerzucając w rękach czekoladowe żaby to fasolki.
-Zaraz będziesz miała szesnaście lat, a dla Ciebie i tak najważniejsze są słodycze. Och, dziecko, kiedy ty dorośniesz.- powiedziała żartobliwie Maria. 
-Przesań mao- kończyła konsumować zwierzę z czekolady, przeglądając inne paczki. 
Lily w międzyczasie  zdjęła z siebie zimowe ubranie, otrzepała resztki śniegu z kasztanowych włosów i opadła bezwładnie na witrynę w drzwiach, przyglądając się zafascynowanej pocztą przyjaciółce. Przez chwilę pomyślała nawet, że rodzice się do niej odezwali- jednak po chwili przypomniała sobie, że nawet nie znają adresu Addie, nie wiedzą nawet, że mieszka poza Londynem. W końcu te najważniejsze rzeczy muszą pozostać tajemnicą, nawet jeśli nieujawnienie ich groziłoby jakąś większą katastrofą. Ten na pozór mały sekrecik jest tego przykładem. 

-O, Lily… jest coś dla Ciebie.- Addie przełknęła ostatni kawałek jagodowej babeczki,  po czym odwróciła się w stronę szesnastolatki przerzucając w dłoniach małą, zapakowaną w brązowy papier paczuszkę. W tym momencie Lily poczuła w sobie jakieś dziwne uczucie, podobne do nadziei, która jednak rzadko była przez nią odczuwalna. Chociaż miała za złe ojcu i matce tą kłótnie, która ich rozdzieliła, to jednak chciałaby usłyszeć od nich słowo przepraszam. Chciała, aby wykazali chociaż gram zainteresowania tym gdzie jest i jak się czuje. Chciała, żeby rodzice zabrali ją do swojego domu, tak jak przed laty.
-No trzymaj!- powiedziała zirytowana. Lily ocknęła się i powróciła do rzeczywistości, chwytając prawą ręką paczkę. Obejrzała ją dookoła, jedynie z wierzchu było napisanie niestarannie jej imię i nazwisko. Danych nadawcy nie mogła zlokalizować, więc bez zastanowienia złapała za odstający kawałek papieru i pociągnęła go. Już chwilę później jej oczom ukazała się mała, podłużna szkatułka zamknięta na kluczyk. Dokładnie się jej przyjrzała, przejeżdżając po wygrawerowanych na złoto liniach, tworzących futurystyczne wzorki. Były identyczne jak te, na szkatułce,  którą znalazła pod świątecznym drzewkiem. Dopiero po chwili zauważyła wystający z zamka rulonik papieru. Delikatnie go wyciągnęła. Automatycznie się rozwinął. Cały był w plamach po atramencie, jednak na jednej ze stron wypisane było kilka słów.
-No, i co tam jest napisane?- rzuciła Addie.
-Czekaj złośnico, jeszcze nie przeczytałam.- wyostrzyła wzrok, próbując odczytać rozmazane litery.
Witaj Lily!
Cieszę się na wieść o tym, że nie długo się zobaczymy. To, co jest w środku, powinno przydać Ci się w najbliższym czasie. Uważaj na siebie, to będą ciężkie tygodnie. 
A.N.B. 
PS: Szczerość to klucz do prawdy. Szczerość ukryta jest w oczach.
-I co?- zapytała pospiesznie Addie, widząc minę przyjaciółki. 
-Nie wiem co… co o tym myśleć. Chyba ktoś naprawdę robi sobie żarty.- Lily przeczytała liścik jeszcze kilka razy, po czym spojrzała zdezorientowana na przyjaciółkę, to na jej matkę.
-Pokaż to, Lily.- odparła Maria, chwytając trzymany przez nią skrawek papieru. Po zapoznaniu się z treścią w jej oczach wyraźnie coś zaiskrzyło, jednak żadna z dziewczyn tego nie zauważyła. Dopiero po chwili potrząsnęła głową:
-Masz rację, dziewczyno. Jakiś żartowniś rzeczywiście nie ma nic do roboty w te święta. Daj, lepiej to schowam.- Maria zabrała szkatułkę, chwilę później znikając w salonie. 
-O co chodzi?- zapytała zdezorientowana Addie.
-O to, o czym mówiła Twoja mama.- odpowiedziała- Z resztą, nie przejmujmy się tym.- uśmiechnęła się delikatnie. 
-Ałe dopłe czekołatki.- wyraźnie wzięła sobie do serca słowa przyjaciółki i zaczęła pochłaniać już trzecią z kolei paczkę słodyczy.
-Co będziemy dzisiaj robić?- zapytała Lily, sięgając po jedną z czekoladek w pudełku.
-Możemy pójść do mojej znajomej, Leslie. Pewnie ją pamiętasz?- oblizała palce z roztopionej czekolady.
-Tak…kojarzę.- odparła.
-Oj, dziewczynki. Dzisiaj nigdzie nie pójdziecie!- wtrąciła się Maria- Wieczorem przychodzi do nas wyjątkowy gość, pomieszka z nami troszkę. Tylko postarajcie się być miłe, być może Wam się to nie spodoba.- dodała.
-Kto to taki, mamo?
-Oj, zobaczycie wieczorem.- odpowiedziała, po czym po raz kolejny zniknęła za drzwiami prowadzącymi do salonu. 

Dziewczyny postały jeszcze chwilę przy kuchennym stole konsumując czekoladki. Lekka, mleczna czekolada rozpływając się w ustach, a do tego magiczne nadzienie. Wystarczyło pomyśleć o jakimś, kiedy ten pojawiał się w środku czekoladowej przyjemności. Czyż magia nie jest cudowna?!
-Może pójdziemy na górę? Czuję się trochę nieswojo, zesztywniałam troszkę.- głos Lily rozbrzmiał w wielkiej ciszy, którą przerywało jedynie mlaskanie.
-Masz rację. Idź, ja jeszcze skoczę do łazienki.- zamknęła pudełko i podała je przyjaciółce. Ta tylko przytaknęła po czym obróciła się na pięcie i pokonała schody w mgnieniu oka. Z lekką niepewnością otworzyła drzwi od pokoju Addie, zajrzała jednym okiem do środka i rozejrzała się. Chociaż mieszkała tu od kilku dni, nie wiedziała, czego może się spodziewać po magicznym domu. W końcu nie zna jeszcze wszystkich jego tajemnic.

Nieco bardziej rozluźniona rzuciła pudełko na łóżko i skierowała się w stronę okna, przejeżdżając palcem po meblach. Kilka razy usłyszała ciche pyknięcie, lub bądź co bądź trzask, co było spowodowane magią pochowaną w szufladach. Sekundę później dziewczyna podpierała się już dłońmi o parapet, rozglądając się po ośnieżonej dolinie. Już po raz tysięczny zachwycała się krajobrazem, który jak już po raz tysięczny powtarzała sobie w myślach- nie był zwyczajny. Codziennie można było spodziewać się czegoś innego, tym razem jej oczom ukazały się dzieciaki w wieku około dziesięciu lat, które beztrosko obrzucały się śniegiem trzymając w dłoniach patyki. Już niedługo i ich miejsce zajęłyby różdżki- myśl jakże piękna, ale też jak przygnębiająca. To wszystko czego Lily tak naprawdę pragnęła znajdowało się w tym jedynym na świecie miejscu- Dolinie. I choćby zrobiła niewiadomo co, i tak nie mogłaby żyć tak jak tutejsi ludzie. To wszystko przez to, że była mugolem.  Ten jeden fakt przeszkodziłby jej w takim życiu. Jednak głęboko w sercu wciąż  miała nadzieję, że za kilka lat jeden z domów przy alei stanie się jej miejscem zamieszkania. Nagle za oknem pojawiła się czarna sowa. Dziewczyna chwilowo opuściła głowę, kiedy to jej wzrok przykuła zapieczętowana koperta. Otworzyła delikatnie okno, wzięła go ją od niej. Zamarła. Nie byłoby w niej nic dziwnego, gdyby nie inicjały znajdujące się na widocznej stronie.  ‘A.N.B’ Momentalnie oprzytomniała, poukładała sobie myśli w głowie i dopiero wtedy spostrzegła, że są identyczne jak te na liściku dołączonym do tajemniczej paczki. Potrząsnęła głową, chwyciła kopertę i bez namysłu spróbowała ją otworzyć. Niestety było to niewykonalne. Jej oczom ukazał się wielki napis ‘PRIVATE’,  który pojawił się znikąd. Zaintrygowana odłożyła kopertę na parapet. Postała tak jeszcze chwilkę, nagle się zrywając.
-Poczekaj tu… sówko?- rzuciła, odwracając się i przeszukując szuflady w poszukiwaniu kartki i jakiegokolwiek przyrządu do pisania. Znalazła zieloną kredkę. Zrezygnowana chwyciła ją i prostując wyciągnięty wcześnie papier wybazgrała kilka słów. Złożyła go na pół, napisała dane adresata i szybkimi ruchami przywiązała go sówce. Wyszeptała jej adres, gdy ta zerwała się i odleciała.  Lily podeszła do łóżka i rzuciła się na nie. Coś uwierało ją w głowę. Postanowiła sprawdzić, wsadzając rękę pod poduszkę. Wyciągnęła spod niej mały notatnik, podpisany imieniem i nazwiskiem Addie. Dziewczyna nie zważając na prywatność otworzyła go bez zastanowienia, przeglądając go uważnie. Na każdej stronie zapisane były daty spotkań, sprawdzianów i innych błahostek. Jednak coś przykuło jej uwagę. Imię ‘Matthew’ otoczone serduszkiem i data 26 grudnia, godzina 19. Czyżby Gardini coś przed nią ukrywała? Miała chłopaka? Ta sama Adelaide, która nie potrafi opanować się przy jedzeniu, beka, mówi z pełnymi ustami, nie ma za grosz wstydu? Te myśli znacznie poprawiły humor szesnastolatce, która z rozbawioną miną schowała notatnik pod poduszkę. 

Dosłownie sekundę później do pokoju weszła zdyszana Adelaide:
-Prz..przepraszam, że tak długo- wzięła głęboki wdech- ale mama kazała mi coś jeszcze zrobić.- dokończyła, wypuszczając powietrze.
-Nic nie szkodzi.- odpowiedziała jak gdyby nigdy nic Lily.
-To jakie plany na najbliższe dwie godziny?- zapytała czarownica.
-Wiesz… może coś porobić. Razem. Nie wiem. Pograć, potańczyć, poskakać… a najlepiej posiedzieć i porozmawiać.- odparła.
-Mam się bać? Coś się stało?- Addie złożyła ramiona.
-Nie, tylko... chodź tu, muszę powiedzieć Ci coś na ucho.- odpowiedziała. Gardini nachyliła się, kiedy to z jej ust wydostał się głośny jęk, a o ściany pokoju odbił się szyderczy śmiech Lily. Po chwili obie dziewczyny znalazły się na podłodze rwąc sobie nawzajem włosy. W pozytywnym tego zwrocie znaczeniu.

Dziesięć minut przed osiemnastą wszystkie trzy kobietki znalazły się w salonie, nakrywając do kolacji. Dziewczyny były szczególnie spięte, wciąż będąc w nieświadomości. Kiedy w końcu wybiła pełna godzina, a Nicholasa wciąż nie było, żeńska część domu postanowiła rozpocząć posiłek. Ta zdecydowanie młodsza część spędziła ten czas w całkowitej ciszy, wymieniając między sobą rozbrajające spojrzenia, a Marie rozmawiała z Gildą na niezbyt ciekawe tematy. Może rzec, że kobiety urządziły sobie domową stypę.

Kiedy wpół do dziewiętnastej zamek w drzwiach szarpnął, wszyscy oprzytomnieli i skierowali swój wzrok w stronę przedpokoju. 
-Już jesteśmy!- niski głos Nicholasa rozbrzmiał w napełnionym ciszą domu. Już po chwili sam mężczyzna znalazł się pośrodku pomieszczenia, rozradowany tak, jakby zaraz miał urodzić się mu syn.
-Tak więc poznajcie…- wtedy to tajemniczy gość dołączył do głowy rodziny. Nieco wyższy, szczuplejszy i mniej uśmiechnięty chłopak jeszcze bardziej oziębił atmosferę panującą w domu. Po chwili spostrzegł, że na głowie ma wciąż czapkę, dlatego szybkim ruchem zdjął ją z głowy. Lily zakrztusiła się sałatką, a Addie upuściła szklankę z sokiem dyniowym na śnieżnobiały dywan. To był początek końca. 

_____
Witam Was po baaaaaaaardzo długiej przerwie :) Rozdział w końcu dodaję- chociaż jestem teraz na wycieczce szkolnej, a piszę to o godzine 23. Dlatego za wszelakie błędy przepraszam, proszę- poprawiajcie mnie w komentarzach, jak wrócę, to zmienię. Rozdział nieco krótki, jak na taki okres czasu. Nie jest też idealny, moim zdaniem napisany trochę na siłę. Fakty mogą się mieszać, bo pisała. ten rozdział na przełomie ponad dwóch miesięcy. W każdym razie zapraszam Was do czytania, komentujcie, oceniajcie, i zgadujcie kto będzie tajemniczym gościem! :))
PS: JEŚLI SĄ U WAS JAKIEŚ NOWE ROZDZIAŁY, TO PISZCIE, BO MAM COŚ Z PRZEGLĄDARKA I MI NIE WYŚWIETLA ANI TU ANI TU. A CHCĘ POKOMENTOWAĆ, HEHE.

wtorek, 10 września 2013

~Informacja

  Pierwszy raz nie dodaję rozdziału tak długo, ale moja wena spadła na totalne dno. Co prawda połowę mam już napisaną, ale nie potrafię zabrać się za dokończenie. Postaram się dodać kolejną część w ciągu dwóch tygodni, chciałabym, aby nie było ty napisane na odwal :) Do tego doszła szkoła, w której już na samym początku dostajemy wycisk c: W każdym razie czekajcie cierpliwie! (jeżeli ktokolwiek czeka :P)


Fruźka.

//akt.23wrz.23:01 ~ dopisałam troszeczkę, jutro mam nadzieję napiszę do końca. jakoś nie mogłam się za to zabrać, a wena jak przyszła momentalnie tak szybko zniknęła. 

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział IX

   Pochłonięta przyjemnością, jaką dawała jej ciepła pierzyna, nie miała zamiaru się zbudzić.  Chociaż zegar wskazywał na dziesiątą, Lily chrapała śpiąc jak suseł. W końcu we śnie człowiek jest nieograniczony, może poczuć się beztrosko. Nie musi przejmować się problemami ani innymi głupstwami, które zaprzątają mu głowę w ciągu dnia. Stwarza się własne scenariusze, prowadzi inne, odmienne życie. Oczywiście nie trwa to wiecznie, bo w końcu nic nie może być idealnie. Dlatego pobudka o wczesnym poranku strasznie nas przygnębia, bo oznacza ona kolejny, monotonny dzień…

-Hallo, wstawaj śpiochu!- Addie, z większą niż dotychczas okazywała siłą ,uderzyła przyjaciółkę jaśkiem. Lily klnąc pod nosem podniosła się przyjmując pozycję siedzącą i przetarła oczy dłońmi. Ziewnęła drapiąc się po nosie, zerknęła na zegarek wiszący na ścianie, po czym ponownie opadła na poduszki. 
-Nie ma wylegiwania się! Na dole czekają prezenty, zapomniałaś?- czarownica była wyraźnie w dobrym humorze. Potrząsnęła przyjaciółką, siadając na skrawku zajmowanego przez nią łóżka.
-Prezenty, oszalałaś?- Lily przyłożyła dłoń do czoła i po raz kolejny się podniosła- Cholera, nic dla Ciebie nie mam. Przepraszam.- westchnęła i kręcąc głową klepnęła towarzyszkę w plecy.
-Oj przestań. Ważne, że jesteś.- uśmiechnęła się szeroko susząc zęby, po czym uderzyła Lily bokiem. Ta odwzajemniła gest i teatralnie wywracając oczami wstała z łóżka. Przeciągnęła się, po chwili zanurzając stopy w puchowych kapciach podstawionych przez Addie. Spojrzała za okno. Na zewnątrz kręciło się pełno ludzi, panował chaos i gwar. Nie przejmując się ruszyła do przodu i raz-dwa zrzuciła piżamę, odświeżając się w łazience i zakładając czyste ubranie. Wychodząc z łazienki zahaczyła dłonią o witrynę, kalecząc sobie jej wewnętrzną stronę. Rana kilka sekund później jak gdyby nigdy nic zniknęła i nie pozostał po niej żaden ślad. Lily zauważyła schodzącą po schodach Addie, która gestem kazała iść jej za nią. Szesnastolatka wypełniła rozkaz i zbiegła po stopniach czując co raz to większe podniecenie. 

 Państwa Gardini nie było w domu. Nie zwróciła na to większej uwagi i udała się za przyjaciółką do salonu. Pod bogato ubranym świerkiem leżała masa prezentów opakowanych w kolorowy papier. Addie już dobierała się do kilku paczek, rzucając opakowaniami na prawo i lewo. Lily nieśmiało podeszła do drzewka, po czym sięgnęła po jedną z paczek z jej imieniem. Obejrzała ją z każdej strony, po czym delikatnie zerwała papier. ‘Książka’- pomyślała. Skórzana okładka, łacińskie cytaty. 
-No otwórz, to ode mnie.- uśmiechnęła się Addie, odkładając na bok opakowanie po słodyczach. Lily posłuchała się. Ze skupienie otworzyła ‘to coś’, co okazało się albumem na zdjęcia. 
‘Dla najcudowniejszej osoby na świecie, za te 10 wspólnie spędzonych lat. Choćby nie wiem co się zdarzyło, zawsze pozostaniesz tą najlepszą. Adelaide.’
-wstęp napisany dobrze jej znanym, koślawym pismem wywołał na jej twarzy uśmiech. Przewróciła stronę, kiedy to zaparło jej dech w piersiach. Zdjęcie 5-letnich dziewczynek zrobiło na niej wielkie wrażenie. Zaśmiała się, wytykając swój własny wygląd. Przekartkowała cały album, odłożyła go na stół, po czym rzuciła się na Addie tuląc ją jak nigdy wcześniej.
-Dzięki, dzięki, dzięki. Kocham Cię!- wykrzyczała w euforii całując ją po policzkach.
-Och, daj spokój, to tylko album.- Addie zaśmiała się. 
-‘Tylko album’- westchnęła kpiąco- Nie masz pojęcia co mówisz, kobieto.- Lily zaśmiała się melodyjnie, po czym chwyciła kolejny prezent, który tym razem był owinięty papierem w renifery.  Niezdarnie go podrzuciła, co wywołało głośny szelest. Paczka upadła na podłogę, o dziwo nie rozwalając się. Dziewczyna zaczęła zdzierać opakowanie, tym razem robiąc to ostrożniej. Jej oczom ukazał się mały, podręczny kuferek, który po dotknięciu powiększał się dwukrotnie. Lily chciała go otworzyć, jednak nie mogła odnaleźć kluczyka, który w tej sytuacji bardzo by jej się przydał. Niestety nie było go ani na, ani pod kuferkiem. Nie zapodział się też w resztkach papieru, ni między innymi paczkami. Szesnastolatka rozglądała się bezsensownie. Wydawało jej się to dziwne. Addie w tym czasie pochłaniała już drugą czekoladową żabę, oblizując palce z uśmiechem na ustach. Dopiero po chwili spostrzegła, że jej przyjaciółka czegoś szuka.
-Co to za kuferek, hm?- wzięła szkatułkę w ręce i obmacała każdy jej zakątek.
-Nie wiem, nie ma kluczyka.- Lily w ramach odpowiedzi wzruszyła ramionami.
-Moja mama ma taki, który otwiera wszystkie zamki. Jak wróci do domu to się o niego podpytam.- zaproponowała, otwierając kolejną żabę.
-A, właśnie. Gdzie podziali się Twoi rodzice?- zapytała niespodziewanie.
-No mama poszła chyba na zakupy, a tata… ostatnio coś zbyt często znika, nie wiem co się dzieje. No ale gdyby było to coś poważnego, to by mi powiedzieli- odpowiedziała niepewnie, wstając i otrzepując spodnie- Po południu przyjdzie jeszcze poczta z prezentami, a o 14 mamy przyjść na obiad. Co powiesz  na mały obchód po sklepach?
-Chętnie. Może kupię sobie coś magicznego.- zaśmiała się Lily, wykonując ten sam ruch co przyjaciółka. 

Już kilka minut później stały przed wyjściem ubrane na cebulkę i opatulone szalikami autorstwa babci Addie. Ledwo otworzyły drzwi, co było spowodowane grubą warstwą śniegu, który przykrył dolinę w ciągu nocy. W przeciwieństwie do poprzedniego wieczoru, alejki były pełne ludzi, a gwar jaki panował zdecydowanie uprzykrzał pracę śpiewającym goblinom. W powietrzu unosił się tym razem zapach świeżych wypieków z cukierni i cynamonowych perfum przechodzących niedaleko czarownic. Wszystko wydawało się być cudowne. No może nie do końca.
-To gdzie najpierw?- zapytała Addie trąc sobie dłonie.
-No nie wiem, przecież ty znasz to miejsce najlepiej. Prowadź.- odpowiedziała Lily, wypuszczając parę z ust. Dziewczyna posłuchała się przyjaciółki, wzięła ją pod ramię i zaprowadziła do pierwszego, lepszego sklepu. Nad wejściem zawieszony był szyld ‘Szyk i elegancja w czarodziejskim wydaniu’. Przechodząc przez witrynę drzwi w ich nozdrza uderzył mocny, wiśniowy zapach. Jak się później okazało, idealnie pasował do aranżacji wnętrze. Wokół panował kolor ciemnej wiśni, chociaż zdawał się być jaśniejszy poprzez światło padające zza okna. Ubrania, a raczej szaty, porozwieszane były na kilku wieszakach. Tylko one wyróżniały się z całego pomieszczenia, tworząc dużą paletę barw. Addie złapała Lily za rękę i pociągnęła w stronę 3 z kolei półko-wieszaka. Pochwyciła trzy szaty, w tym jedną w neonowym odcieniu zieleni. Wepchnęła je w ręce przyjaciółki i szeroko się uśmiechnęła.
-Do przymierzalni, raz raz.- popchnęła ją, chwilę później zasuwając zasłony od wcześniej wskazanego miejsca. Nie czekała 5 minut, kiedy wyjawiła się zza niej Lily, odziana w ciemnofioletową szatę przed kostki. Pokręciła tylko negatywnie głową i powróciła z powrotem do środka. Z kolejnymi ubraniami było tak samo. Już miała się poddać, kiedy to ujrzała czarną szatę z czerwono-złotymi akcentami. Było ich kilka, dlatego przerzuciła je odnajdując z mniej-więcej dopasowanymi wymiarami i pognała do przymierzalni. Wyszła z niej uradowana, prawie że podskakując. Addie zaśmiała się tylko, po czym sięgnęła ręką po czarną, szpiczastą tiarę i nałożyła ją na głowę przyjaciółki.
-No, teraz wyglądasz jak rasowa Gryfonka.- uśmiechnęła się szeroko.
-Zaraz… to znaczy, że to szkolna szata?- zapytała, lekko się czerwieniąc.
-No a jaka?- odpowiedziała kpiąco- Pakuj ją, ja zapłacę. Może Ci się kiedyś przyda.- ostatnie zdanie dopowiedziała cicho i raczej do siebie, jednak Lily najwyraźniej to usłyszała. Popatrzyła dziwnie na przyjaciółkę, po czym znikając w przymierzalni wyszła z niej z wypchaną torbą. Podeszły do kasy, gdzie Addie zapłaciła za zakupy, po czym wyszły ze sklepu. Ponownie znalazły się na świeżym powietrzu, trzęsąc się z zimna. 

-Może zajdziemy do cukierni? Rozgrzejemy się troszkę.- zaproponowała Addie.
-Jasne, czemu nie?- odpowiedziała pytaniem Lily, po czym porwana przez przyjaciółkę, wparowała razem z nią do bijącego ciepłem lokalu. Był w świątecznym ustroju, w rogu stał kominek, a spod podłogi wydobywała się cicha, świąteczna melodia. Dziewczyny zajęły miejsce przy oknie, kiedy to podszedł kelner. Addie zamówiła dwa razy gorącą czekoladę i dwa kawałki lukrowego piernika. Z lekkim zdenerwowaniem stukała palcami w blat stolika, spoglądając na zatłoczoną alejkę. Wyglądała tak, jakby szukała kogoś wzrokiem. Jednak Lily wolała zostawić ją w spokoju. 

Po kilku minutach kelner zrealizował zamówienie i przed dziewczynami wylądowała taca, która moment wcześniej unosiła się w powietrzu. Czekolada wraz z ciastem sfrunęły z niej i opadły mimowolnie równolegle na blacie. Addie przemieszała zawartość swojego kubka kilkanaście razy, aż w końcu wzięła jeden, głęboki łyk. Lily zrobiła to trochę mniej łakomie,  siorbiąc płyn w równych odstępach czasu. Co było dziwne, ani razu nie odezwały się do siebie. Zamknęły się w sobie, tylko kilka razy mijając się wzrokiem. Dopiero gdy Lily spróbowała ciasta i lekko się skrzywiła, zaczęły rozmawiać. 
-Mówiąc słonecznikowe… myślałam, że nie masz na myśli łupinek słonecznika w cieście!- wzburzyła się.
-Mhm.- przytaknęła z niechęcią Addie, ponownie mieszając, ale już tylko w ćwierć pełnym kubku.
-Coś ty tak zmarkotniała?- zapytała Lily, dziwnie przyglądając się przyjaciółce.
-Tak jakoś… to chyba pogoda.- odparła.
-Pogoda, taa… To niezbyt przekonujące, nie sądzisz?- powiedziała dość poważnie, rzucając wzrokiem na widok za szybą- Tam jest wróżka? Chodź, poprawi Ci się humor.- zaproponowała.
-Myślę, że to zły pomysł.- odpowiedziała.
-Czemu? No chodź, to nic złego.- Lily wstała i pociągnęła przyjaciółkę za rękę.
-Naprawdę myślę, że nie powinnyśmy tam iść.- powiedziała, denerwując się. Jednak szesnastolatka tego nie usłyszała. 

Po przejściu przez witrynę drzwi, ich ciała przeszedł potężny dreszcz, spowodowany niską temperaturą. Chwilę później wparowały do lokalu tak zwanej wróżbiarki. Już samo wejście było dość tajemnicze. Panował tam mrok, królował fioletowy i czarny kolor. Podekscytowana Lily pociągnęła towarzyszkę głębiej, gdzie z ciemności wyłonił się zarys niskiej postaci. Nagle świece zapaliły się i ukazały ją w całej okazałości. Była to dość wysoka kobieta w fioletowej szacie i dziwnej chustce na głowie, od której bił zapach wiśniowej cherry. Na stoliku, który pojawił się przed nią dosłownie znikąd, znajdowała się mała, prawie że nie czytelna wizytówka.
Sybilla Trelawney
Lily przeczytała ją w myślach kilka razy, kiedy kobieta odezwała się  wysokim, chropowatym głosem:
-Witajcie dziewczęta, w czym Wam mogę pomóc? Przyszłość, praca…. a może miłość? Tak, jesteście takie młode, korzystajcie z miłości póki możecie. Wystarczy, że otworzycie swoje umysły, a przepowiem Wam dokładnie to, co będziecie chciały.- mówiąc, jakby wykutą na pamięć formułkę, bawiła się szklanką kulą, kartami i swoim nonszalanckim naszyjnikiem. 
-Dzień dobry, my tak może ogólnie. Chociaż miłość, tak, miłość też. Nie, Addie?- wytrajkotała lekko oszołomiona, rozglądając się po pomieszczeniu. Przyjaciółka tylko wzruszyła ramionami.
-Usiądźcie.- zaproponowała Trelawney. Dziewczyny posłuchały się jej i opadły na zmaterializowane przed chwilą krzesła. Same dosunęły się do stolika. 
-Tak więc miłość…. Podaj mi rękę, młoda damo.- powiedziała kobieta, wyciągając dłoń w stronę Addie. Ta podała jej z niechęcią swoją.
-No cóż… Wygląda na to, że nie będziesz miała szczęścia w miłości. Widzę tu wyraźne, postrzępione linie… A co to?! Dziewczyno, strzeż się! Jesteś w wielkim niebezpieczeństwie, ktoś bliski wyda Ciebie i Twoich przyjaciół. To będzie prawdziwy wstrząs dla Twojej matki… Tak, ojciec, coś z nim będzie nie tak… Zaraz, zaraz. To miała być miłość, tak? W takim razie… Widzę, widzę… Rzuca Cię jakiś chłoptaś, nie zaprzątaj sobie nim głowy. Swoją drogą wyczuwam w Twojej aurze, widzę i wyczuwam, trójkę dzieci, tak, trójkę. Chłopiec, dziew…
-Och, dość tych głupstw. Wychodzę!- przerwała jej Addie, zrywając się i wybiegając z lokalu. Lily zdezorientowana odprowadziła przyjaciółkę wzrokiem, po czym odwróciła się w stronę Trelawney. Nie wiedząc co powiedzieć, spojrzała na nią z politowaniem. 

-Przejdzie jej, to tylko zły wpływ marsa na jej psychikę… A ty? Przepowiedzieć Ci miłość, cokolwiek?- powiedziała, jak gdyby nigdy nic.
-Wie pani, ja chyba już pójdę. Przepraszam, ale koleżanka miała pieniądze… mi się skończyły te całe galemoniaki.- odparła przestraszona.
-Galeony, tak. Nic nie szkodzi, ale następnym razem ich nie zapomnij. To będzie dobry dla Ciebie dzień, do zobaczenia!- wykrzyczała. Lily zagestykulowała jej coś na pożegnanie, po czym skierowała się w stronę wyjścia. Nagle usłyszała odgłos dławienia się. Obróciła się, a Trelawney podtrzymywała się rękoma blatu stołu i dusiła się, próbując coś powiedzieć. Lily przeraziła się niesamowicie.
-Proszę pani… nic pani nie jest?- zapytała niepewnie. Kobieta nie reagowała, kiedy nagle odezwała się niskim i jeszcze bardziej chropowatym niż przedtem głosem, patrząc się w górę i zaciskając dłonie w piąstki.
-„Aaaaa, wszyscy się chowają, koniec nadchodzi, wielka bitwa się rozpoczyna, starzec podniesie różdżkę, krew poleje się….”- Lily nie wysłuchała jej do końca tylko wybiegła na zewnątrz z przerażaniem na twarzy. Odnalazła przyjaciółkę wzrokiem, podbiegła do niej i zaczęła trząść ją za ramię:
-Addie… Z nią się coś dzieje! Zaczęła gadać coś o jakiejś bitwie, Addie, wróćmy tam, z nią się coś dzieje!- wykrzyczała zdezorientowana.
-Och, daj spokój, Lily. Ta stara purchawa pewnie popadła w depresje, a nasze przyjście wywołało u niej jakiś wewnętrzny szok. Z resztą nie ma czemu się tu dziwić, od zawsze miała nie po kolei w głowie.- odpowiedziała zachowując spokój. Wydarzyło się coś, co poprawiło jej humor, ponieważ była całkowicie wyciszona i wyluzowana. 
-Chodźmy.- powiedziała z zadowoleniem, ciągnąc przyjaciółkę za rękę. Skierowały się razem w stronę domu czarownicy.


_______________

Hahaha, jakie to słodziachne. Za dużo słodyczy. Ale napisałam ten rozdział miesiąc temu i przed chwilą dopisałam ten fragment od 'piąstek', bo nie mogłam wymyśleć tekstu przepowiedni. Chciałam, żeby 'brzmiał' poważnie, a wyszło jak wyszło xD No cóż, są wakacje, nie wiem kiedy pojawi się kolejny rozdział. Nie chce mi się kompletnie nic robić, chociaż mam masę czasu. W każdym razie pozdrowienia od fruźki i miłych wakacji!

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Rozdział VIII

Na­wet gdy przy­jaciel działa wbrew to­bie, wciąż jest twoim przyjacielem.
Spod puchowej czapki wystawały pojedyncze, ciemnobrązowe kosmyki. Na jednej z warg można było zauważyć rozcięcie, która prawdopodobnie pod wpływem czasu zaczęło się już goić. Sekundę później wykrzywiło się z całymi ustami w lekki, nieskazitelny uśmiech. Po chwili milczenia dziewczyna lekko się zmieszała, a kącik jej ust bezwładnie opadł. 
-Addie, co ty tu robisz?- wydusiła z siebie Lily, przymrużając oczy.
-Ja… ja Ci wszystko wytłumaczę! Byłam głupia, bałam się o ciebie… teraz wiem…
-Co wiesz?- wtrąciła się szesnastolatka, której ton głosu dziwacznie się zmienił.
-…Wiem, że to był zły pomysł! Zostawiłam cię akurat w takim momencie… To, co stało się dzisiaj u twojej ciotki…
-Zaraz, to znaczy, że mnie śledziłaś?- Lily oprzytomniała, lecz głównym tego powodem był odgłos karetki pogotowia.
-Ja… przepraszam za ten wieczór, przepraszam za wszystko! Naprawdę się o Ciebie martwiłam, a to, czego byłam dzisiaj świadkiem…  Och, Lily, spędź ze mną święta! Bardzo mi na tym zależy, proszę!- mówiła to z przyspieszonym oddechem, w między czasie wypuszczając parę z ust, co było nieuniknione przy minusowej temperaturze. 
-Nie wiem, czy to dobry pomysł…- wycedziła.
-Ale… mam rozumieć, że między nami wszystko dobrze, tak?- zapytała z wyraźną nadzieją w głosie.
-Chyba… chyba tak.- Lily wzruszyła ramionami, krzywiąc usta w lekkim uśmiechu. Nie zdążyła zaczerpnąć powietrza, kiedy to Addie rzuciła się na nią z niepowtarzalną siłą. Mocno ją objęła, pociągając co chwilę nosem. Lily nie protestowała, tylko wtuliła się w przyjaciółkę. Nie miała siły, żeby się z nią kłócić, dlatego postanowiła jej wybaczyć. W końcu i tak nie miała gdzie się podziać, a perspektywa spędzenia świąt z najbliższą w tym momencie osobą była zdecydowanie lepsza, niż przesiedzenie tych kilku dni w czterech ścianach. Zrozumiała, że na Addie może polegać zawsze-chociaż nieraz ją zawiodła, to nie zostawiła jej samej w tak ciężkim momencie. Zaoferowała jej pomoc, cenną pomoc. Przekonała się, że prawdziwej przyjaźni nic nigdy nie stanie na drodze. 
Dziewczyny przytulały się przez dobre pięć minut. W końcu odczepiły się od siebie.
-To jak, zastanowiłaś się?- zapytała Addie, nabierając powietrza w płuca.
-Nad czym?-  szatynka odpowiedziała pytaniem, otrzepując rękaw płaszcza z nagromadzonego na nim śniegu.
-No, czy chcesz spędzić ze mną święta? Pamiętaj, że nie przyjmuję odmowy.- uśmiechnęła się szeroko, susząc zęby.
-No nie wiem…- Lily spuściła wzrok w dół, jednak nie mogła wytrzymać i po chwili wybuchła cichym, melodyjnym śmiechem. Addie odpowiedziała jej tym samym, po chwili wzięła ją pod ramię i pociągnęła za sobą. 
-Tak właściwie, to gdzie idziemy?- zapytała Markley odchrząkując.
-Do doliny, a niby gdzie?- odpowiedziała z sarkazmem Addie.
-To raczej chyba oczywiste.- odmruknęła.   
-No widzisz?- uśmiechnęła się lekko.
-Och, Gardini.- zaśmiała się. Jej wzrok przykuło czoło towarzyszki, na które opadało bezwładnie kilka brązowych kosmyków. Jednym, zdecydowanym ruchem ściągnęła jej bawełnianą czapkę. Wyjawiła się spod nich spora ilość ciemnych włosów. Szesnastolatka zatrzymała się gwałtownie, przykładając dłoń do ust.
-Czy mi się zdaje, czy jeszcze kilka dni temu byłaś blondynką?- wytrzeszczyła oczy, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
-Och, daj mi spokój.- odpowiedziała z lekkim poirytowaniem, wyrywając czapkę przyjaciółce. Sekundę później miała ją już na głowie. 
-Czyżbyś miała już dość docinek?- zapytała Lily, zmieniając ton głosu na dość piskliwy. Addie w odpowiedzi wytargała jej włosy, kręcąc negatywnie głową. Jeszcze kilka minut temu jej przyjaciółka była strasznie załamana, a teraz naśmiewa się z niej nie mając litości. Z jednej strony cieszyła się z tego powodu, z drugiej natomiast wolałaby mieć przy sobie tą bardziej zdołowaną wersję Lily. Jednak musiała się pogodzić z rzeczywistością.

Po kilkuminutowych przepychankach i chichotach, przyjaciółki stanęły przed dobrze znaną im ścianą. W ciągu tych kilku miesięcy naroiło się na niej od nowych malunków. Z kilku miejsc odpadł tynk, a niektóre cegły popękały z powodu wilgoci. Uliczka nie była też odśnieżana, więc dziewczyny stanęły w śniegu po kolana. Addie postanowiła się jednak szybko zrehabilitować i wyciągnęła różdżkę. Zaklęciu towarzyszył zwinny ruch dłonią. Po chwili pociągnęła Lily za sobą. Po raz kolejny znalazły się w dolinie. Ale to nie było to samo miejsce.

Ziemię przykrywała gruba warstwa białego puchu, drzewa i krzewy opustoszały tworząc prowizoryczne, kolczaste ogrodzenie, a kostkę brukową, która dotychczas uchodziła za drogę, zamieniono na sosnowe schody prowadzące do centrum doliny. To ono zmieniło się najbardziej. Rząd wolnostojących domków był teraz rzędem małych budynków, pozbawionych dachu i jakiekolwiek przestrzeni. Z widoku zginęła również aleja, służąca zakupom i odpoczynkowi. Tym razem mieściła się naprzeciwko części mieszkalnej. Była zdecydowanie mniejsza i krótsza niż ostatnim razem. Jednak wszystko to rekompensowała świąteczna atmosfera. W powietrzu unosił się mocny zapach lukrecji i cynamonu, który z pewnością pochodził z pobliskich cukierni. Drogę oświetlały małe, srebrne kuleczki unoszące się ponad głowami. W centralnej części doliny stał świerk mierzący około 30 stóp, ozdobiony przeróżnymi świecidełkami i bombkami. Pod drzewem stała grupka goblinów*, odśpiewujących tradycyjne pieśni świąteczne. Chociaż ich głos nie był jednym z najlepszych, to i tak wprawiał w dobry nastrój. Wszystko to dopełniało gwiaździste niebo i pełnia. 

-Trochę się tu zmieniło, nie?- powiedziała Addie, widząc osłupiałą przyjaciółkę- Po tej pierwszej napaści były kolejne, ciągle czegoś szukają. Próbowaliśmy wszystko odbudować, niby przy pomocy magii poszłoby szybko, ale przy takich warunkach nie ma co liczyć na lepsze efekty - wzruszyła ramionami, otrzepując się ze śniegu.- No to co, idziemy?- ruszyła do przodu, w międzyczasie rzucając w stronę Lily zachęcające spojrzenie. Ta stała jednak jeszcze przez chwilę, przyglądając się całemu miejscu. Tak bardzo chciałaby pomóc w odbudowie, choćby swoimi własnymi, mugolskimi sposobami. W końcu w jakiś sposób uczestniczyła w jednej z napaści. Widziała, jak śmierciożery spalają wszystko żywcem, jak niszczą wszystko, co napotkają. Jednak nie mogła tego zrozumieć. Musieli mieć w tym jakiś cel. Może najwyraźniej naprawdę czegoś szukali. Ale czego? Czego mogliby szukać w dolinie, gdzie prawie nikt nie ingeruje w sprawie wojny, która teoretycznie się już zakończyła. Chociaż Voldemort zdobył rozumy połowy magicznego świata, to wciąż poszukiwał, a może i nawet zmuszał ludzi do zostania jego zwolennikami. Podbił już tak wiele miejsc, a wciąż czuł rządze pożądania. Chciał więcej, pożądał więcej. Zapomniał o tym, że w każdej chwili może stracić to, co do tej pory udało mu się zdobyć. Skupił się wyłącznie na nowościach, tylko to go interesowało.

W końcu Lily ruszyła się z miejsca i podążyła za przyjaciółką. Śnieg, który opadał na dróżkę natychmiast znikał, a temperatura była wyższa niż na otwartym terenie. Kilkanaście sekund później znalazły się pod jednym z małych domków. Lily w końcu mogła się mu bliżej przyjrzeć. Ściany jak i były tak i są białe, trzy okna zostały zamienione na jedno malutkie a dębowe drzwi zastąpiły sosnowe deski z byle jak przyczepioną klamką. Addie pociągnęła za nią, otwierając tym samym drzwi. Dziewczyny weszły do środka.Ku zdziwieniu Lily wnętrze nie zmieniło się ani trochę. Na zewnątrz budynek wydawał się bardzo mały, ale w środku wciąż pozostał takiej samej wielkości. Jednak dało się zauważyć niewielkie zmiany. Niektóre obrazy zamieniły się miejscami, żyrandole były wyraźniej czystsze i bardziej lśniące, spod podłogi dało się usłyszeć cichą, świąteczną muzykę, a w każdym znajdował się jakiś akcent świąteczny. Lily w końcu odetchnęła z ulgą. Rozebrała się, wieszając ubranie na jednym z haczyków umieszczonych przy drzwiach. Addie zrobiła to samo. Obie weszły w głąb mieszkania. Zapach cynamonu i lukrecji wymieszał się z wanilią, i cytryną. Nagle przed dziewczynami pojawiła się mała istota z wyłupiastymi, niebieskimi oczami.
-Och, panienka Gardini. Pani moja prosi do jadalni, tak, zaprasza do jadalni panienkę i jej towarzyszkę.- skrzatka wykonała głęboki, wdzięczny ukłon w stronę szesnastolatek.
-Dziękuję Ci, Gildo.- odpowiedziała Addie, lekko uginając kolana. Gdy tylko skrzatka zniknęła w kuchni, dziewczyna odchrząknęła i spojrzała z uśmiechem na przyjaciółkę. 
-To była skrzatka domowa, wiesz… gotowanie, sprzątanie, pranie i takie inne rzeczy. Mój tata zaoferował jej pracę, zgodziła się natychmiast.- opowiedziała.
-Hmm, Gilda…- wycedziła z namysłem Lily, poruszając nieznacznie brwiami.
-Jak to mawia szanowny pan Gardini: historia nadania tego imienia jest  równie dziwna jak ono same. Przyzwyczaisz się.- puściła jej oczko, po chwili łapiąc ją pod ramię i ciągnąc w stronę jadalni. Ich oczom ukazał się pokaźnej wielkości stół, nakryty śnieżnobiałym obrusem. Blady sufit pokrywały teraz trzy, uśmiechnięte postacie, przedstawiające domowników. Między nimi znajdował się pozłacany żyrandol. 
-O, już jesteście.- ciepły, delikatny ton obiegł ściany pomieszczenia.
-Cześć mamo.- odpowiedziała Addie melodyjnym głosem. 
-Dobry wieczór.- uśmiechnęła się głęboko Lily.
-No, siadajcie. Mam nadzieję, że nic nie zakłóciło Waszej drogi do domu?- zapytała z niepokojem w głosie Marie, obserwując zasiadające do stołu szesnastolatki. 
-Tak, mamo, wszystko było w porządku. Tak na marginesie- gdzie jest tata?- powiedziała dosuwając krzesło.
-Znowu gdzieś zniknął - Marie machnęła ręką, uśmiechając się nieznacznie- Tak więc dziewczynki, wesołych świąt!- zaśmiała się, pstrykając palcem. Na blacie pojawiło się kilkanaście porcelanowych talerzy, każdy z inną zawartością. Lily ukradkiem oblizała usta, równocześnie składając i dziękując za życzenia. W końcu chwyciła jeden z półmisków, nakładając sobie na talerz małą porcję nieznanej jej mieszkanki warzyw. Każda szklanka została napełniona sokiem dyniowym, który zniknął z nich w mgnieniu oka. Na szczęście za chwilę z powrotem się pojawił. Lily zajęta objadaniem się, śpiewaniem świątecznych piosenek i żartowaniem z kobiecym gronem zupełnie zapomniała o wcześniejszych wydarzeniach. Cieszyła się, że mogła spędzić ten wieczór w najlepszym jak dla niej towarzystwem, wcale się nie przejmując rodzicami. 

Czas płynął nieubłagalnie. Po dobrych dwóch godzinach brudne naczynia zniknęły ze stołu, Marie Gardini zniknęła w kuchni a dziewczyny udały się na pierwsze piętro do pokoju Adelaide. Tutaj też nic się nie zmieniło, prócz dodatkowego łóżka ustawionego w kącie pod oknem, na którym leżała przygotowana już piżama Lily. Połowa zawartości jej szafy została przeniesiona do doliny. Nie wiedziała o tym, ale wolała też nie zagłębiać się bardziej w tą sprawę. Ignorując samoistne pojawienie się jej w domu jej przyjaciółki, założyła ją  opadając bezwładnie na łóżko. Addie wpełzła pod kołdrę, szczelnie się przykrywając. Biorąc z niej przykład Lily zrobiła to samo. Głęboko odetchnęła.
-Kocham Cię, Markley.- nagle usłyszała głos przyjaciółki, odwróconej w jej stronę. Ciemno-brązowe włosy przykrywały jej połowę twarzy, lecz nie zwracała na to uwagi.
-Ja Ciebie też, Gardini.- odpowiedziała, puszczając jej oczko. Chwilę później czarownica odwróciła się na drugi bok, markocąc ciche dobranoc. Lily udała, że tego nie słyszała i przewróciła się w stronę okna. Przed jej oczyma przeleciały jej całe dwa miesiące. Dzisiejszy dzień był zdecydowanie jednym z tych najchaotyczniejszych. Najgorszy, a zarazem najlepszy- skończył się szybko. Z rozmyślań wybił ją widok spadającej gwiazdy. Bez większego zastanowienia wypowiedziała szeptem składankę słów:
-Chcę zostać w dolinie tyle, ile będę chciała. Niczego więcej nie potrzebuję.
Addie uśmiechnęła się pod nosem, lecz nie wiadomo z jakiego powodu- słów przyjaciółki, kaszlnięcia jej ojca, który najwyraźniej pojawił się w domu, czy wyjątkowego snu. W każdym razie chwilę później obie z pewnością znalazły się w objęciach Morfeusza, chrapiąc w niebogłosy. ]

*Bank Grin. już niestety nie istnieje :c
_______
Rozdział po długim czasie zostaje dodany. Jest ciepło, zbliża sie koniec roku- nie mam ochoty ani czasu na spędzanie czasu sama ze sobą, dlatego nie mogę też zbyt dużo pisać. Kolejny rozdział pojawi się myślę, że w czerwcu, kiedy już skończą się te wszystkie poprawy. Tymczasem do następnego!