niedziela, 28 kwietnia 2013

Rozdział VI cz.2

   Uścisk był tak mocny, że nie czuła nic innego po za bólem z nim związanym. Zacisnęła zęby próbując odwrócić głowę do tyłu. Niestety mężczyzna nie pozwalał jej na to. Trzymając ją wokół brzucha ciągnął po schodach na niższe piętro. Nie oszczędzał jej bólu, wbijał paznokcie tak mocno, że momentami wydawała z siebie ciche jęki. Przez ciało dziewczyny przechodziły dreszcze. Nie wiedziała co się dzieję, do tego nie była do końca sobą. Nie wiedziała też czego chłopak od niej chce, w zasadzie czego chce od jej przyjaciółki. Prawdopodobnie była w podziemiach całkiem sama, pomijając oczywiście nieznajomego mężczyznę. Przymknęła na chwilę powieki. Chciała krzyknąć, błagać o pomoc, ale gdy otworzyła szerzej usta znalazła się na nich szorstka dłoń. Najwidoczniej mężczyzna przestraszył się, że ktoś może ich przyłapać. Zaciągnął dziewczynę w opustoszały korytarz. Odwrócił ją do siebie i łapiąc za barki przycisnął do ściany. Właśnie wtedy spostrzegła, z kim ma do czynienia. Platynowa grzywka opadała bezwładnie na czoło, a stalowe oczy arogancko się jej przyglądały. Nie było w nich ani grama szczęścia, nie były takie same jak ostatnim razem kiedy go widziała. Tylko czego Malfoy chciał od Addie? Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź, jednak ta nie rozwiązała problemu:
-Czyżby nasza mała pani Gardini się zgubiła, hm?- wycedził przez zęby uśmiechając się szyderczo. Uwolnił jednak dziewczynę z uścisku i pozwolił jej swobodnie opaść na ścianę.
-A gdzie Twoja koleżanka? Wydaję mi się, że coś sobie obiecaliśmy? Mam nadzieję, że nie puściłaś pary. Wiesz, że to by się źle skończyło- podszedł bliżej, ich twarze dzieliły milimetry. Lily słyszała jego przyspieszony oddech, żyłki w jego oczach stały się nadzwyczaj czerwone. Nie wiedziała co zrobić, nie wiedziała nawet o czym on mówi. Zorientowała się tylko, że chodzi tu o nią. Czy Addie coś przed nią ukrywała? Czy może coś się stało? Pytań nie było końca. 

Postanowiła spróbować uciec. Podniosła rękę z zamiarem odepchnięcia chłopaka do tyłu, jednak ten złapał ją za nadgarstek. Dziewczyna pisnęła jak mysz uciekająca przed kotem, jak mysz błagająca o uwolnienie, jak mysz, której działa się krzywda.
-Gdzie tak szybko uciekasz? Mamy przecież do obgadania jeszcze parę spraw, nie sądzisz?- rzucił w jej stronę unieruchamiające spojrzenie. Było takie puste. Takie zimne. Ale jednak wcześniej ją uratował. Tylko dlaczego właśnie ją? Znał jej nazwisko, być może imię… Powiedział nawet, że się kiedyś spotkali. Ale ona go nie pamiętała. Nie pamiętała jego platynowych włosów, stalowych oczu. Nie pamiętała niczego. W każdym razie on ją znał. Tylko skąd? 

-W takim razie chyba zaczniemy od początku, bo widzę, że zapomniałaś już o war…. Zaraz, co to jest?- mężczyzna złapał Lily za włosy i pociągnął jak najmocniej mógł. Przybliżył ją do siebie. Coś nie pasowało. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że eliksir przestawał działać. Blond włosy powoli stawały się ciemniejsze, na tęczówkach pojawiły się widoczne gołym okiem czekoladowe plamy, z każdą sekundą stawała się coraz wyższa, aż w końcu podrosła kilka cali. Malfoy odszedł krok do tyłu przyglądając się z uwagą dziewczynie, wytężył wzrok. Nie zdawał sobie sprawy że rozmawiał właśnie z nią a nie Gardini. Po chwili jednak powrócił do swojej wcześniejszej postawy odchrząkując:
-Eliksir Wielosokowy. Czego innego mogłem się spodzie…- mówił powstrzymując się od śmiechu, ale po raz kolejny nie udało mu się dokończyć zdania. Zza ściany wyjawiła się damska sylwetka, była to Addie.
-…spodziewać po tej durnej dziewczynie, to miałeś zamiar powiedzieć?- uśmiechnęła się szeroko w stronę Lily, po chwili rzucając w stronę chłopaka chłodne spojrzenie.
-Niczego się nie nauczyłeś Malfoy, niczego.- powiedziała kręcąc negatywnie głową. Podeszła leniwym krokiem do przyjaciółki wyciągając z kieszeni różdżkę. Mocno zacisnęła ją w dłoni, wciąż spoglądając na mężczyznę.
- Już na pierwszy rzut oka widać, że jesteś durna- wyszczebiotał- kolor włosów mówi sam za siebie, Gardini- parsknął śmiechem, przyglądając się Lily- jesteś świadoma na co ją naraziłaś, dając jej ten eliksir? Dobrze wiesz, jak mogło się to skończyć!- powiedział, ściszając stopniowo głos.
-Nie bądź taki mądry, Malfoy. Mam swój rozum, gdybym jej tu nie wysłała mogłabym spokojnie powiedzieć śmierciożercom, że tu jesteś. Z pewnością oszczędzili by dolinę i zajęli by się Tobą. Ale nie, zrobiłam inaczej, by chronić Twój żałosny tyłeczek. Wiedziałam, że jesteś skończonym egoistą, ale nie myślałam , że aż takim.- odpowiedziała jednym tchem, rzucając wzrokiem w stronę Lily. Ta stała nieruchomo przyglądając się całej sytuacji. Była wyraźnie zdezorientowana. 
-Zaraz, śmierciożercy napadli na dolinę? Trzeba było od razu powiedzieć, a nie zgrywać wielką paniusię.- lekko się przestraszył, ale nie dał tego po sobie poznać.
-I kto tu zgrywa paniusię Malfoy, lepiej idź się schowaj bo jeszcze jakiś wyskoczy zza rogu i Cię zaatakuje. Buu! Lily, chodź, idziemy.- złapała przyjaciółkę za rękę i pociągnęła ją za sobą. W mgnieniu oka znalazły się piętro wyżej.

-O-od kiedy tam byłaś, co?- zapytała niepewnie brązowooka. 
-Od samego początku- odpowiedziała- szczęście, że się nie rozgadał.- to powiedziała już raczej do siebie pod nosem. Wypuściła powietrze z ust.-Ale o czym on w zasadzie mówił?- Addie wiedziała, że przyjaciółka o to zapyta. Nie odpowiedziała jej, stała przed nią w bez ruchu nie odzywając się. Jedyne co przyszło jej na myśl to ulotnienie się i zostawienie jej samej. Ale nie mogła. Nie w takim momencie. 

Pociągnęła ją pod ścianę. Już po chwili były w kuchni Lily. W powietrzu unosił się zapach dopiero co spalonego papierosa. Z drugiego pokoju można było usłyszeć krzyki. Państwo Markley byli właśnie w trakcie kłótni. Lily nie znosiła, kiedy w domu panowała taka atmosfera, ale przyzwyczaiła się do tego. Addie machnęła różdżką i zasunęła drzwi od pomieszczenia.
 -Słuchaj Lily, sądzę, że będzie bezpieczniej, jeśli na jakiś czas urwiemy nasz kontakt- powiedziała dość niewyraźnie, strasznie się mieszając.- to ja chyba wrócę do domu, zostawmy siebie nawzajem w spokoju, to znaczy….cześć!- Addie otworzyła klapę od kosza, wyciągnęła różdżkę, wypowiedziała zaklęcie i weszła do środka. Kiedy chciała z powrotem schować ją do kieszeni wypadła jej z rąk i przeturlała się w stronę Lily.
-Addie, czekaj, różdżka!- dziewczyna chwyciła przedmiot rzucając się w stronę kosza na śmieci, który moment wcześniej się zamknął. Otworzyła go ponownie, lecz nie ujrzała w nim przyjaciółki. Usłyszała jednak dźwięk rozsuwania się drzwi: 
-O, Lily skarbie. Już jesteś. Po co Ci kawałek tego drewna?- wzrok Amandy Markley przykuła różdżka- Ach, pewnie chciałaś go wyrzucić, no tak. Wrócimy z ojcem wieczorem,  z resztą tak jak zwykle. Dobranoc!- wycedziła i zniknęła z powrotem za drzwiami. Lily tylko przytaknęła zerkając na zegarek. Za piętnaście dziewiąta. Nie dość, że jej matka zdziwiła się jej rzekomo szybkim powrotem, to parsknęła jeszcze o tym, że wróci do domu wieczorem. Ale był już wieczór. Na szczęście dziewczyna przyzwyczaiła się do tego typu sytuacji. Nagle spostrzegła, że w ręku nadal ma różdżkę Addie. Nie wiedziała, jak ma jej ją oddać. Zdecydowanym ruchem otworzyła klapę od kosza. Nie wiedziała co robi, wiedziała tylko jaki e ma intencje:
-Aperi!- wykrzyknęła wykonując gwałtowny ruch różdżką. Nie miała pojęcia, czy się udało, czy jednak robi z siebie idiotkę. Weszła do kosza obiema nogami. Sprawiło jej to wielką trudność- nigdy wcześniej nie zanurzała stóp w śmieciach. Ale czego innego można spodziewać się po magii. Zawsze jest nieprzewidywalna. Tak jak w tym momencie. 

Lily poczuła wibracje, wszystko zaczęło wirować. Kosz ciągnął ją w dół. Czuła, jak spada. Czuła bezwład, nie mogła poruszyć ani nogami, ani rękami. Jednak była świadoma tego, że różdżka znajduje się nadal w jej prawej dłoni. Zacisnęła ją mocniej. W pewnej chwili opadła z lekkością na ziemię, czuła grunt pod nogami. Otworzyła oczy. Znajdowała się pod dobrze znanym jej dębem. Kątem oka zauważyła blond włosy. Pod drzewem siedziała skulona Addie, z przymkniętymi powiekami. 
-Addie…- powiedziała szeptem, gdyż nadal  nie mogła otrząsnąć się po podróży. Pierwszy raz podróżowała w taki sposób, dziwny sposób. Addie słysząc swoje imię oprzytomniała i wstała na równe nogi. Objęła wzrokiem przyjaciółkę, bacznie się jej przyglądając.
-Jak ty… Jak się tu znalazłaś?- rzuciła, przecierając oczy.
-Domyślam się, że tak samo jak ty. To chyba Twoje.- wyciągnęła w jej stronę prawą dłoń, w której znajdowała się brązowa różdżka. 
-Dzięki…- odpowiedziała zabierając przedmiot, lecz stała wciąż z otwartą buzią. Lily nie wiedziała o co jej chodzi. 
- To może powiesz mi teraz o co mu chodz…- brązowowłosa nie zdążyła dokończyć, kiedy wtrąciła się jej przyjaciółka.
-Lily, zrozum. Zrobiło się strasznie niebezpiecznie, dlatego najlepiej będzie, jeśli zachowamy między sobą odpowiedni dystans, to znaczy… wiesz o co mi chodzi. Uwierz. Naprawdę. Teraz lepiej wróć do domu, nie martw się o mnie, zajmij się swoim życiem, ja zajmę się swoim. Tak będzie bezpieczniej. Idź.- Addie popchnęła dziewczynę w stronę pnia. Po chwili Lily znalazła się z powrotem w swoim domu. W głowie słyszała tylko głos swojej przyjaciółki mówiący „Odpowiedni dystans” przeplatany wraz z jej imieniem.
"Pieprzony dystans, ha"- pomyślała. To co się dzisiaj zdarzyło obróciło jej życie o całe 180 stopni. Opadła na krzesło podpierając głowę dłońmi. Głośno się zaśmiała, a po kilku minutach zsunęła się na podłogę i zasnęła.

______________
Nie wiem czemu akurat w tym opowiadaniu rozdziały są krótkie, a wczoraj z nudów napisałam jakiś bezsensowny ff na cztery strony... Nie rozumiem. W każdym razie ten rozdział jest totalną klapą, nie potrafię opisywać takich sytuacji & w następnym będzie podobnie, bo nigdy się w podobnych nie znalazłam(i obym nie musiała), dlatego opisy wraz z dialogami mogą być tandetne. Jednak mimo wszystko życzę Wam miłej lektury, liczę na uwagi+ jeśli ktoś zauważy jakikolwiek błąd niech napisze w komentarzu(pieprzone HTML). No dobra, to chyba wszystko. Tak więc część i do następnego!

niedziela, 21 kwietnia 2013

Rozdział VI cz.1

tajemnica przyciąga tajemnicę....   
   Adelaide pospiesznie zaciągnęła przyjaciółkę do kuchni, gdzie krzątała się pani domu: 
-Witajcie dzi….- Marie Gardini nie zdążyła nawet się z nimi przywitać, gdyż Addie już przy wejściu rzuciła w jej stronę niepewny uśmiech:
-Mamo, chyba już pora. Ona… widziała dementora, nie możemy dłużej…- Marie spoglądała na dziewczyny z zainteresowaniem, wyraźnie się podekscytowała, lecz na jej twarzy można było zauważyć niepokój- po prostu jej powiedz, na pewno zrozumie- Addie opadła na krzesło ze zrezygnowaniem, kiedy to na zewnątrz rozległ się przeraźliwy, piskliwy krzyk. Wszyscy, oprócz pana Gardini, wybiegli pospiesznie z mieszkania rozglądając się wokół. Marie Gardini spojrzała w stronę alejki ze sklepami, kiedy tą będący na niej ludzie rzucili się do ucieczki. Zdezorientowana zaczęła biec w przeciwnym kierunku, nagle zza jednego z budynków wyłoniło się kilka, a później kilkanaście zamaskowanych czarodziei. Wszystko co mijali zamieniało się w wielkie ognisko, chmary dymu unosiły się w powietrzu rozprzestrzeniając niemiły, kręcący w nosach zapach:
-To śmierciożercy, spadamy- Addie choć tak naprawdę się bała, starała się tego nie okazywać. Zachowując zimną krew złapała przyjaciółkę za dłoń i pociągnęła w kierunku polany, z jedynym, dobrze znanym dla Lily dębem. W międzyczasie Gardini wyciągnęła z kieszeni fiolkę, którą miesiąc wcześniej- można powiedzieć wykradła, ze szkolnego zbioru eliksirów:
-Lily, wyrwij mi jeden, mały włos.- dysząc rzuciła w stronę towarzyszki.
-Włos, zwariowałaś? W jakim celu?- spojrzała na nią z zdezorientowaniem. 
-Zrób co każe.- odpowiedziała poważnym tonem. Lily posłuchała koleżanki i szybkim, zdecydowanym ruchem pozbyła ją jednego z krótszych włosów, przy czym Addie cicho jęknęła.

W tym momencie przystanęły pod opustoszałymi gałęziami starego dębu. Kolorowe, choć już zgniłe liście szeleściły pod ich nogami, zagłuszając krzyki dobiegające z oddali. Addie spojrzała badawczo w stronę swojego domu, do którego zbliżało się kilku śmierciożerców:
-To eliksir wielosokowy, wypij go, będziesz przez jakiś czas wyglądać jak ja. Idź do McGonnagall i powiedz jej o śmierciożercach, ona będzie wiedziała co zrobić- panna Gardini wrzuciła do otwartej fiolki wyrwany wcześniej włos i zatrzęsła nią. Podała ją towarzyszce, która spojrzała na niego z niechęcią:
-Naprawdę nie wiem czy to dobry pomysł, nie lepiej, żebyś sama do niej poszła?- Lily zapytała z dużym przejęciem. Bała się, że coś pójdzie nie tak, wskutek czego ktoś zostanie poszkodowany. Bała się o przyjaciółkę, bała się, że coś jej się stanie. Jej głowa była pełna wątpliwości, pierwszy a zarazem nie ostatni raz znalazła się w takiej sytuacji. 
-Nie marudź, pij szybciej.- ponagliła ją Addie. Lily posłała jej ironiczny uśmiech, po chwili przyłożyła fiolkę do ust i z wielkim trudem  wypiła jej zawartość. Skręciło ją w żołądku, miała odruch wymiotny- sam zapach ją odrażał, a kiedy poczuła  smak wywaru poczuła się jeszcze gorzej. 

Nagle zmniejszyła się do wzrostu swojej przyjaciółki, jej ciało zaczęło zmieniać kształt. Włosy zmieniły kolor na ciemny blond, tęczówki stały się niebiesko-zielone, a z nosa zniknęło kilkanaście brązowiutkich piegów. Addie wyciągnęła różdżkę, przytuliła przyjaciółkę, która akurat w tej chwili wyglądała tak samo jak ona, po czym obróciła się na pięcie i pobiegła w stronę domu, w którym przebywał jej nieświadomy niczego ojciec:
-Proszę, zrób to najszybciej jak możesz!- wykrzyczała drżącym głosem. Lily nie mogła uwierzyć w to co się przed chwilą stało, wyglądała identycznie jak Addie. 

Stojąc tak jeszcze przez kilka sekund w końcu obróciła się i przeszła przez drzewo. Znalazła się w zapuszczonej uliczce, za pośrednictwem której zazwyczaj dostawała się do doliny. Bez chwili namysłu ruszyła przed siebie, dokładniej w stronę szkoły. Przypomniała sobie nagle, że żeby dostać się do profesor McGonagall musi wejść do kotłowni, co równa się z posiadaniem różdżki i rzuceniem zaklęcia. Jednak postanowiła nie tracić na to czasu i zaczęła biec ile sił w nogach. Po kilku minutach była już przy wejściu do budynku. Przed chwilą wybiła godzina siedemnasta, więc na korytarzach nikogo już nie było. Oczywiście było to na plus, szczególnie dla szesnastolatki. 

Moment później znajdowała się pod drzwiami do kotłowni, stukając w nie i wypowiadając różne dziwne słowa nie doprowadziła do niczego. Zrezygnowana zaczęła się modlić, aby ktoś wyszedł z podziemi w ciągu najbliższych kilku minut. Jej prośba najwyraźniej została wysłuchana, gdyż po kilkunastu sekundach klamka się przekręciła a zza drzwi wyłoniła się damska sylwetka:
-O, cześć Addie. Czemu nie było Cię dziś na spotkaniu? McGonnagall się o Ciebie pytała, nie wyglądała na zadowoloną.- z ust rudowłosej dziewczyny wydobył się lekko piskliwy głos. Rzuciła uśmiechem w stronę Lily, która próbowała nie dać po sobie niczego poznać:
-T-tak? T-to ja może lepiej już do niej pójdę, cześć!- rzuciła wchodząc pospiesznie do środka. Na szczęście nie była to kotłownia, a kamienny korytarz. Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Ku jej zdziwieniu drzwi od komnaty zmniejszały się z każdą sekundą, dlatego ta zaczęła biec w ich stronę chcąc się przez nie przedostać:
-Całe szczęście.- powiedziała do siebie szeptem, rozglądając się wokół. Nie była już na korytarzu, znajdowała się w dobrze znanym jej miejscu. 

Już przy wejściu czuła na sobie czyjś wzrok, pomyślała, że to znowu mężczyzna z obrazu ją dręczy, ale po chwili przypomniała sobie, że przecież nie jest sobą. Dziewczyna ruszyła do przodu i za chwilę była już na pierwszym piętrze. Biegła korytarzem kierując się głosami dochodzącymi z jego końca. Kilka sekund później ujrzała przed sobą kobietę w podeszłym wieku z włosami upiętymi na górze głowy i czarną, już starą szatą. Obok niej stał wysoki brunet, który niczym nie przypominał żadnego z uczniów:
-O, panna Gardini, dlaczego nie było dziś pani na zajęciach? Ręczę za siebie, że kilkanaście minut przed ich rozpoczęciem widziałam panią w Condumusie, nie mylę się?- powiedziała chłodnym tonem widząc swoją uczennicę.
-P-pani profesor, pani profesor McGonaggall.- wyjąkała.
-Tak, panno Gardini? Co ma pani na swoje usprawiedliwienie? – objęła ją poważnym wzrokiem.
-Pani profesor, to nie jest teraz istotne. Śmierciożercy w dolinie, tak, właśnie. Śmierciożercy napadli na dolinę pani profesor, Addie prosiła mnie, żebym pa…- Lily załamała się w środku z powodu swojej głupoty, po chwili dokańczając- znaczy mama, mama prosiła, żebym panią powiadomiła. To ważne, tak, bardzo ważne- odetchnęła- to ja już pójdę, mogą potrzebować mojej pomocy, tak, potrzebować pomocy. Dowidzenia. – rzuciła i obróciła się na pięcie, po chwili znikając na schodach. McGonaggall patrzyła na nią z niedowierzeniem, ale wzięła jej informację do serca, gdyż sekundę później nie było po niej ani śladu. Burnet udał się w przeciwnym kierunku, jakby ulatniając się w powietrze. 

Lily kierowała się w stronę drzwi wyjściowych, kiedy poczuła czyjeś ręce na talii, a w nosie intensywny zapach męskich perfum.



______

Jeśli jest coś źle z estetyką, układem, ortografią czy czymkolwiek innym- piszcie. Muszę się bawić HTML zanim dodam rozdział, więc mogłam przez przypadek coś usunąć bądź przeoczyć. Zapraszam do czytania ;)

wtorek, 16 kwietnia 2013

Rozdział V

   podobno nic dwa razy się nie zdarza...
    Dzień jak co dzień, tak przynajmniej wydawało się z samego rana. Lily wykonała wszystkie czynności, które stały się już w jakiś sposób rutyną. Zajęcia w szkole nie zapowiadały się ciekawie, wręcz przeciwnie- dziewczyna liczyła na kolejną godzinę spędzoną na próbowaniu powstrzymaniu się przed zaśnięciem. Materiał opanowała wcześniej, co było ogromną pomyłką. Taką samą, jak wcześniejsze dopuszczenia o kolejnym, monotonnie przeżytym dniu. 

 Już od samego rana działy się dziwne rzeczy. Lily czuła wciąż niepokój, jakby ktoś miał ją za chwilę zaskoczyć od tyłu i zaatakować. Oglądała się wokół z podenerwowaniem. Wiedziała, że coś się święci, ale nie wiedziała co dokładnie. W drodze do szkoły miała wrażenie, jakby ktoś ją obserwował, być może śledził. Dziewczyna próbowała sobie wmówić, że jest przewrażliwiona na tym punkcie. Ale czemu akurat w dniu dzisiejszym pojawiły się takie przypuszczenia? 

 Zajęcia minęły w miarę spokojnie, nie licząc ciągłego niepokoju towarzyszącego Lily. Co jakiś czas przeszywały ją dreszcze. Zdarzało się to tak często, że zdołała się do tego przyzwyczaić i przestała zwracać na to uwagę. Jak co dzień odprowadzała przyjaciółkę do podziemi. Tym razem jednak Addie zmieniła plany, które jeszcze bardziej zaniepokoiły Lily: 
-Choć, dzisiaj odprowadzisz mnie do środka. Zaczynamy później niż zwykle, więc nikt Cię raczej nie zobaczy. Chyba nie masz nic przeciwko, hm?- rzuciła radosna Adelaide, pomrukując cicho swoją ulubioną piosenkę. 
-Nie wiem czy to dobry pomysł- odpowiedziała ze zrezygnowaniem Lily. 
-Oj przestań, tak jak mówiłam, nikt nie powinien nas zobaczyć, chodź!- Addie wzięła przyjaciółkę pod ramię i pociągnęła stanowczym ruchem. 
-Mimo wszystko, myślę, że nie powinnyśmy- Lily nie zdążyła dokończyć, kiedy znajdowała się już przed kotłownią. Różdżka była już w powietrzu, Addie popchnęła lekko drzwi i weszła do środka z towarzyszką pod ręką. Po kilku sekundach przed dziewczynami wyrosły wielkie, dębowe drzwi, które po wejściu Addie zostawiła uchylone- tak, aby jej przyjaciółka mogła bezpiecznie wydostać się na zewnątrz. 

Lily ze skrzywionym uśmiechem wchodziła w głąb pomieszczenia, rozglądając się wokół. Kamienne schody, poruszające się obrazy- to wszystko towarzyszyło jej od tak dawna, a było zupełnie obce. Dziewczyna czuła na sobie wzrok jednego z mężczyzn na obrazie- jedynego, którego zapamiętała. Frankie przyglądał się jej badawczo, nie odrywając od niej oczu. Lily postanowiła go ignorować i iść za przyjaciółką. Ta natomiast weszła na jedne ze schodów łapiąc się obręczy. Dała znak towarzyszce, aby zrobiła to samo. Posłuchała się jej, i zgodnie ze wskazówką ułożyła dłoń na podpórce. Nagle schody ruszyły się zmieniając kierunek, a dziewczyny szły po stopniach w górę. Znalazły się na jednym z dłuższych korytarzy. Podążały nim, do czasu aż Addie nie zatrzymała się pod drzwiami z napisem Condumus Cella, co z łacińskiego oznaczało nic innego jak po prostu Przytulny Pokój. Przyjaciółki weszły do środka, Lily rozglądała się uważnie nie pomijając żadnego szczegółu. Dwie brązowe kanapy, kominek, zegar z kukułką, stolik ze słodyczami, kilka obrazów- to wszystko wprawiało w miły nastrój. Addie machnęła różdżką w stronę kominka, wskutek czego ogień zapalił się a w pokoju od razu zrobiło się jeszcze milej. Obie przysiadły na kanapie, kiedy to zaczęła grać cicha muzyka. Lily rozsiadła się wygodnie, zapominając o całym napięciu, jakie towarzyszyło jej minionego dnia: 
-No widzisz, a nie chciałaś ze mną iść! - zaśmiała się Adelaide. 
-Przekonałam się, że serdecznie bym tego żałowała.- Lily ciepło się uśmiechnęła ponownie rozglądając się po pomieszczeniu. Jej uwagę przykuł jeden z obrazów, który skupił swoją uwagę właśnie na niej. Po dłuższej chwili zorientowała się, że to ten sam mężczyzna, co w sali głównej. Dziewczyna zbystrzała, lekko się denerwując 
-Co on tutaj robi? Podsłuchuje nas!- rzuciła z niesmakiem spoglądając na przyjaciółkę palcem wskazując na obraz. 
-Och, Frankie, wynoś się z powrotem na dół. Nieładnie tak podglądać, ach!- syknęła Addie rzucając iskrą z różdżki w stronę ramy z magicznym płótnem. Po sekundzie lub dwóch wąsaty się ulotnił. 

Niestety dziewczyny nie mogły długo pogadać, gdyż zza drzwi dało się usłyszeć donośny stukot obcasów: 
-To pewnie McGonnagall, chowaj się, szybko!- Addie klepnęła przyjaciółkę w ramię, ta natomiast wskoczyła zza kanapę. Nagle w futrynie pojawiła się kobieta w podeszłym wieku, odziana w długą, czarną szatę z włosami spiętymi w kok. Rozejrzała się po pomieszczeniu, witając się z Adelaide. O dziwo nie zapytała się, co tutaj robi, tylko bez słowa opuściła pokój. Lily wyjrzała zza sofy, bacznie przyglądając się przyjaciółce: 
-No, chyba musisz się zbierać. Zaraz wszyscy zaczną się schodzić. No, wyskakuj!- zaczęła poganiać Lily, jakby chcąc się jej pozbyć. Tak jak zawsze złapała ją pod rękę i wyprowadziła z pokoju. Wychodząc oglądała się, czy nikt ich nie widzi. 

 Dziewczyny zeszły na dół, na szczęście drzwi były nadal uchylone, ale już nie tak szeroko jak przedtem. Lily uścisnęła przyjaciółkę i złapała za klamkę. Przestraszyła się, gdyż ta była zimna jak lód i pokryta szronem. Odchyliła drzwi o dwa cale więcej, kiedy nagle wszystko co dobre z niej wyzionęło. Przed nią stał, w zasadzie był dementor- nie można określić jego sposobu poruszania się. Już po kilku sekundach zaczął wysysać dziewczynie duszę. Addie nie wiedziała co robić. Nagle na schodach łączących parter z lochami pojawiła się męska sylwetka. Był to chłopak dobrze znany już obu dziewczynom. Wyciągnął różdżkę i wypowiadając zaklęcie uwolnił Lily „z sideł” dementora: 
-Expecto Patronum- wykrzyczał, kiedy to strumień srebrnego światła odbił czarną, mglistą postać, a dziewczynę odrzucił na bok. Draco Malfoy, tak nazywał się chłopak, sekundę później zniknął ponownie w lochach. Adelaide osłupiała. Nie mogła uwierzyć w to, co stało się chwilę wcześniej. Ten Malfoy, ten Draco Malfoy? Niestety nie stała tak długo. Podbiegła do przyjaciółki klepiąc ją w policzek: 
-To był dementor, tak?- zapytała niepewnie Lily cichym i zachrypniętym głosem. Addie przyglądała się jej z niedowierzeniem. 
-Ale jak to? Widziałaś go?- odpowiedziała pytaniem nie mogąc wyjść z szoku. Z każdą sekundą miniona sytuacja stawała się coraz to dziwniejsza i podejrzana.
 -Widziałam, tak samo miesiąc temu. Z resztą nieważne.- powiedziała, lekko się mieszając, a po chwili wstając na równe nogi. 
 -Co?! Tak samo? Miesiąc temu? Jezu, dziewczyno, dlaczego mi nic nie powiedziałaś. Chodź!- Addie pociągnęła przyjaciółkę za rękę. Stanęły przed ścianą za jednym z mosiężnych posągów. Dziewczyna wyciągnęła różdżkę, po czym przeszła przez ceglany mur wraz z Lily. Znalazły się w salonie rodziny Gardini.

____
Ostatni z tych krótkich, mogą być błędy- bawiłam się z HTML i usuwałam białe tło. Swoją drogą jak podoba Wam się szablon? Miałam wybrać inny, ale zdecydowałam się na ten, bo tamten miało już dużo osób na swoich. Ten moim zdaniem opisuje większość fabuły jaka będzie tu miała miejsce, więc możecie się już domyśleć co będzie głównym tematem :)


środa, 10 kwietnia 2013

Rozdział IV

codzienna rutyna...
    Lily była już na nogach około godziny szóstej, co zwiastowało solidne przygotowanie się w do pierwszego dnia w szkole. Ostatni rok rozpoczął się dzień wcześniej, teraz wystarczyło przetrwać tylko kolejne kilka miesięcy siedząc z nosem w książkach i stosować formułę ZZK, którą posługiwała się większość jej rówieśników. Swoją drogą czekały ich egzaminy końcowe, od których nie było ucieczki. Nawet dla czarodziei. Na takie zło jakim są egzaminy nie pomoże nawet magia.


Dziewczyna zeszłego wieczoru zasnęła na łóżku nie robiąc przed snem zupełnie nic. Zatraciła się w myślach zapominając o całym świecie, no dobrze, nie całkiem. W każdym razie nie była w żaden sposób przygotowana, dlatego od razu wyruszyła w stronę łazienki biorąc szybki prysznic. W między czasie zauważyła rodziców siedzących przy mahoniowym stole w jadalni. Kończyli właśnie śniadanie, którego resztki pozostawili zapewne dla córki. Prawie nigdy nie jedli razem z nią posiłku, ale nic dziwnego, skoro od rana do wieczora pracowali przy papierach. Nie byli świadomi nawet tego, jakiej muzyki słucha ich dziecko. Nie interesowali się tym.

Po kilkunastu minutach przy stole znalazła się także Lily, która pospiesznie wepchała w siebie pozostałą na blacie bułkę. Wraz z ostatnim kęsem usłyszała niski głos swojego ojca:
-Lily, słońce. Dzisiaj wieczorem wychodzimy na kolację z Torresami, mamy ważne sprawy służbowe do omówienia. Ale nie martw się, postaramy się wrócić szybko, chyba poradzisz sobie sama, nie?- Joshua Markley wyszczerzył lekko swoje krzywe, choć białe zęby w stronę córki. Robił to rzadko, zazwyczaj wtedy, kiedy oświadczał o swojej nieobecności.
-Tak tato, miłej zabawy- Lily wstała od stołu nie dosuwając krzesła i mozolnym krokiem ze skrzywioną miną udała się w do swojego pokoju. Zmieniła strój stając przed lustrem. Przyglądała się swojemu odbiciu zastanawiając się jak wygląda jej biologiczna matka. Czy jest chociaż trochę do niej podobna? Jak ma na imię? Pytań nie było końca, a dziewczyna na żadne z nich nie znała odpowiedzi. W jej głowie była plątanina myśli, z resztą nic dziwnego. Lily zrobiła kilka kroków w tył spoglądając na sytuację na zewnątrz. W zasięgu jej wzroku znajdował się park. Park, w którym po raz pierwszy ujrzała twarz Draco Malfoya. Chłopaka, o którym nie wiedziała w zasadzie nic, a przekonała się, kim naprawdę jest. Wolała nie wracać do felernego wieczora, ale jedno ją zastanawiało. Jakim cudem widziała dementora? Według Addie mugole widzą tylko i wyłącznie białą poświatę, nic więcej. No ale pytanie pozostawało retorycznym, jak na razie.

Idąc schodami zauważyła swoich rodziców wychodzących z piętrowego domu:
-Pa kochanie! - dało się usłyszeć ciepłą barwę Amandy Markley. Jej charakterystyczną cechą była wręcz biała karnacja połączona z kruczoczarnymi lokami. Była miłą kobietą, choć na taką nie wyglądała. Ale ludzi nie powinno oceniać się po wyglądzie- tak przynajmniej twierdziła i kazała twierdzić mężowi i córce.
Lily sztucznie się uśmiechnęła i weszła do kuchni. Napiła się końcówki wody pozostałej w małej butelce, po czym obróciła się z zamiarem wrzucenia jej do kosza. Palcami stóp nacisnęła na przycisk wskutek czego klapa od śmietnika podniosła się do góry. Ku jej zdziwieniu opadła z powrotem. Lily naciskała ponownie- kilkanaście razy pod rząd, ale kosz co chwilę się zamykał. Spróbowała przytrzymać klapę ręką, ale ta po dwóch sekundach znowu  opadała. Nagle dziewczyna odskoczyła, kiedy to kosz zaczął otwierać i zamykać się sam, tak jakby w rytm jakiejś piosenki. Nagle usłyszała znany jej głos, wydobywający się z kosza na śmieci. Odskoczyła do tyłu, rozglądając się wokół. Nie widziała nikogo, a za oknem ujrzała tylko sąsiada wyprowadzającego psa. W pewnym momencie z kosza wyskoczyła sylwetka dziewczyny- to była Adelaide Gardini. Wypluwając coś z ust i poprawiając ubranie wykrzyczała:
-O fuuj, co wy trzymacie w tym śmietniku!- zaśmiała się donośnie strzepując brud ze spodni.
-Addie, pogrzało się do końca kretynko? Przecież dobrze wiesz, że mogli zobaczyć to moi rodzice. Ah, co to w ogóle za pomysł odwiedzać mnie poprzez kosz na śmieci! Nie mogłaś po prostu przyjść, przecież wpuściłabym Cię drzwiami!- Lily definitywnie zrzedła mina. Opadła na krzesło kręcąc negatywnie głową. Spuściła wzrok, po chwili wybuchła cichym, melodyjnym śmiechem:
-Co złego widzisz w odwiedzaniu Cię przez śmietnik? Przecież to tylko zabawa, a twoich rodziców nie ma, nie rozumiem dlaczego się wściekasz- powiedziała Addie, ale gdy tylko usłyszała śmiech przyjaciółki odpowiedziała jej tym samym. Po chwili wzięła ją pod ramię drugą ręką łapiąc jej torbę i udała się w stronę drzwi. Dziewczyny pojechały do szkoły tramwajem, choć Addie proponowała lot miotłą.



Po kilku godzinach zajęć pierwszy dzień wreszcie prawie dobiegł końca. Rutyna zaczęła się powtarzać. Lily była dość porządną uczennicą. Była wręcz przeciwieństwem Adelaide, która w głowie miała tylko czary, to, żeby czarować, magię, to żeby używać magii. Nie widziała niczego innego poza tymi rzeczami. No dobrze, przyjaciółka też odgrywała dla niej ważną rolę.

Dziewczyny szły dolnym korytarzem szkoły, spoglądając wokół. Lily odprowadzała czarownicę do podziemi. Było jej ciężko, kiedy Addie wyciągnęła różdżkę i po kilku sekundach zniknęła za drzwiami od kotłowni. Skrywały coś więcej, coś, co Lily uwielbiała i zawsze gdy się z tym spotykała miała dziwne motylki w brzuchu.

Zrezygnowana postanowiła wrócić do domu, gdzie pouczyła się niezadanego jeszcze materiału, poczytała wypożyczoną w wakacje książkę, a w końcu położyła się do łóżka. Nie minęło wiele czasu, a wydarzenia, które miały miejsce, mocno nią wstrząsnęły. Postanowiła się ustabilizować i ograniczyć kontakt z magią do minimum. Nie było to bezpieczne, o czym przekonała się zeszłego wieczora. O dziwo kolejny miesiąc był spokojny na tyle, aby nie przejmować się tym, co jej grozi. Minął szybko, Lily nawet nie zauważyła, kiedy na kalendarzu pojawiła się data 10 października.


~~~~

STRAAAAAAAAAAAAAAAAASZNIE KRÓTKIE, następny też taki będzie- później będą coraz dłuższe, bo mam wszystko ułożone w głowie a co chwilę dochodzą pomysły. O wiele lżej pisze mi się po przeczytaniu kilku książek HP, wcześniej robiłam to na silę co chwilę coś poprawiając. Teraz po prostu wszystko układam sobie wcześniej i później idzie po maśle. W każdym razie IV i V rozdział to te, które napisałam wcześniej, VI będzie podzielony na dwie części. Liczę na jakieś wskazówki, pozdrawiam.  


niedziela, 7 kwietnia 2013

Rozdział III

jestem tylko człowiekiem...
    Lily zerknęła na rozkład jazdy. Postanowiła jechać tramwajem, gdyż jej zdaniem autobusy były o tej porze zbyt przepełnione. Dziewczyna znalazła palcem najbliższy kurs, po czym przysiadła na ławce. Zaczęła rozglądać się badawczo po ulicy. Ruch jaki na niej panował można było porównać do myśli w jej głowie. Po tym wszystkim czego dowiedziała się w ciągu jednego dnia nie mogła się opamiętać, przeżyła dość mocny szok, ale szczerze powiedziawszy to nie była jedyna rzecz która w najbliższym czasie mogła ją zaskoczyć.


Nagle w zasięgu jej wzroku pojawił się tramwaj o numerze 300, czyli ten, którym miała udać się do domu. Wyprostowała sylwetkę i wygładziła ubranie, po czym mozolnym krokiem weszła do środka. Przedział był prawie pusty, tylko na samym przodzie zasiadła dwójka kobiet z dziećmi. Lily zajęła miejsce jadące tyłem, to znaczy usadowione w przeciwnym kierunku niż reszta. W powietrzu unosił się brzydki, kręcący w nosie zapach. O dziwo nie przeszkadzał jej- wygodnie się rozsiadła sprawdzając godzinę. Było dziesięć po dziewiątej.

W pewnym momencie dziewczyna zauważyła na samym końcu przedziału zakapturzoną postać w czarnym, długim płaszczu. Na ledwo widoczne czoło opadała prawie że biała grzywka, z którą Lily zapoznała się kilka godzin wcześniej. Wyostrzyła wzrok przyglądając się dokładnie- jak myślała- mężczyźnie. Miał spuszczony wzrok, w zasadzie opuszczoną całą głowę, co wyraźnie zniechęciło do niego dziewczynę. Postanowiła dać sobie spokój i rzuciła oczyma w stronę szyby.

Nagle zza kilkunastu jadących samochodów wyłoniły się czarne postacie. Nie miały wyraźnych twarzy, gdy znalazły się bliżej okazało się, że tak naprawdę są - jeśli można to tak nazwać- czarną mgłą. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że leciały unosząc się w powietrzu, wprost na przedział, w którym znajdowała się dziewczyna. W pewnej chwili zrobiło się przerażająco zimno, szyby pokryły się lekkim szronem. Lily czuła się tak, jakby ktoś zabrał z niej wszystkie pozytywne emocje, wspomnienia i nadzieje. Nie miała ochoty na życie, najchętniej odeszła by w tym momencie ze świata żywych.

Czarna chmura wyłoniła się zza drzwi wejściowych, wtedy to przybrała wyraźniejszego kształtu. Była to czarna, zakapturzona postać z niezbyt miłą buźką, być może wcale jej nie posiadała. Unosiła się w powietrzu, tak naprawdę nie można było opisać jej normalnymi słowami. Lily skuliła się, spoglądając spod tak zwanego byka na zjawisko. „To coś” podeszło do mężczyzny siedzącego w kącie na końcu przedziału. Nagle zsunął się w dół, wszystko wyglądało tak jakby postać chciała pozbawić go duszy. W pewnym momencie Lily przypomniała sobie o dementorach, o których kiedyś opowiadała jej Addie. Zbystrzała, po czym podbiegła do chłopaka i zaczęła nim potrząsać. O dziwo postać się od niego odczepiła. Niestety zajęła się wtedy dziewczyną, która pod wpływem chwili nie wiedziała co się dzieje. Straciła ogólną świadomość. Kątem oka zauważyła srebrne światło zapełniające przedział, a po kilku sekundach słyszała gwar londyńskiej ulicy. Potem zapadła cisza. Głęboka cisza…

Jej oczy otworzyły się w kilku dobrych minutach. Leżała na ławce. Wokół rosły drzewa, dużo drzew. O tak, tylko to było charakterystyczne dla tego miejsca. Drzewa. Była w lesie? Nie. Choć i takie myśli przeszły jej przez głowę. Gdy już trochę oprzytomniała podniosła się lekko do góry. Przeszedł ją dreszcz- znajdowała się w parku, siedziała na ławce. Jak się tu znalazła? Zadawała sobie to pytanie przez cały czas, dopóki nie zauważyła mężczyzny stojącego obok. Był w czarnym płaszczu, tyle że już bez kaptura. Widziała doskonale platynowe włosy. Lekko poczochrane, z grzywką opadającą na smukłe czoło. Jego twarz była lekko wykrzywiona, oczy były koloru szarego. Lily nagle się wyprostowała obejmując wzrokiem nieznajomego- w zasadzie nie do końca:
-Kim jesteś?!- zapytała donośnie żądając natychmiastowej odpowiedzi. Szczerze? Wypowiedziała to bez najmniejszego zastanowienia, w końcu poznała chłopaka po włosach. Parsknęła to, co jako pierwsze przyszło jej do głowy:
-Markley, spotykamy się po raz kolejny, a ty nadal nie wiesz kim jestem? - warknął ironicznie, rzucając potem cicho- słuchaj, nie mam zamiaru zajmować się takim kimś jak ty na dłuższą metę - w jej dłoni zmaterializowała się kostka czekolady- więc trzymaj to i zapomnij o dzisiejszym incydencie,  jasne? - zarzucił kaptur na głowę i odszedł alejką obok. Lily usiadła prosto, nawet nie zorientowała się, że ma otwartą buzię. Gdy już ją zamknęła, nadal przyglądała się oddalającej sylwetce mężczyzny. Co się przed chwilą stało? Nie mogło to do niej dotrzeć. Delikatnym i niepewnym ruchem pochwyciła czekoladę i niewinnie wsunęła ją sobie do ust. Już na samym początku rozpłynęła się na podniebieniu. Humor dziewczyny od razu się poprawił, jednak nadal nie docierała do niej minięta sytuacja. Mozolnie wstała, po kilku sekundach znikając za drzewami. Prawdopodobnie udała się w stronę swojego domu- oczywiście, o ile znała drogę.

Na szczęście po kilkunastu minutach była na miejscu. W mieszkaniu było pusto, jej rodzice jeszcze nie wrócili. Wchodząc po schodach na pierwsze piętro zerknęła na zegarek- było po dziesiątej. Dziewczyna skierowała się prosto w stronę łóżka, na które zaraz potem leniwie opadła. Rozejrzała się wokół chwytając do dłoni zdjęcie. Była na niej ona wraz z jej przybranymi rodzicami. Doskonale wiedziała, że jest adoptowana. Nie ukrywali tego przed nią. Byli dla niej naprawdę dobrzy, zapewnili dom, miłość. No i oczywiście czas, którego niestety z upływem lat mieli coraz mniej. Lily nauczyła się z tym żyć. Teraz interesowała ją cała sytuacja, w której się znalazła. Szczerze mówiąc była tak nienormalna jak ona sama. 

Dziewczyna poczuła nagłą chęć odnalezienia swoich biologicznych rodziców. Chociaż wiedziała, że to prawie nie możliwe, że mogą nie żyć- nie planowała zrezygnować. Pragnęła ich odnaleźć, przytulić i opowiedzieć o swoim życiu. O magii, o różdżkach, o tym, jak bardzo chciałaby być czarownicą. W głębi serca miała nadzieje, że może są czarodziejami i wiedzą więcej niż jej się wydaje. Ale to tylko przelotne marzenia. Z resztą, nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo, co przyniesie jutro. 


czwartek, 4 kwietnia 2013

Rozdział II

fakty mówią same za siebie...
   Panna Markley wraz z panną Gardini znajdowały się w centrum Londynu, dokładniej na jednej z większych ulic. Po kilku minutach drogi skręciły w uliczkę z kilkoma koszami na śmieci. Adelaide wyciągnęła różdżkę i zgrabnymi ruchami stuknęła w 3 równolegle ułożone cegły, szepcząc przy tym jakieś słowa. Sekundę później złapała pod ramię przyjaciółkę i przeciągnęła ją przez ścianę. Znajdowały się w magicznym miejscu. Na horyzoncie było widać jeszcze resztki promieni słońca. Tutejszy zachód nie był normalny, był magiczny, niespotykany. Jednym słowem nie do opisania. Dziewczyny szły ścieżką wyłożoną kostką brukową. Wokół była trawa. Soczysta, zielona trawa. Taka magiczna, z resztą jak wszystko tutaj. Za każdym razem kiedy Lily przekraczała granicę obu światów czuła w sercu zazdrość, że nie mogła zaznać tego w dzieciństwie,  że jest zwykłą mugolką. Ale cieszyła się, że Addie ukazała jej to, co wydawało się tak naprawdę nierealne. Serdecznie jej za to dziękowała.

Kilka minut później dziewczyny stały przed wejściem do małego, tynkowanego domu z kilkoma oknami i parą małych drzwi. Adelaide wyciągnęła różdżkę, wypowiedziała zaklęcie i wraz z przyjaciółką weszła do środka. Na brązowej kanapie siedzieli państwo Gardini, czarodzieje czystej krwi. W zasadzie tylko matka, ojciec był charłakiem. W jego rękach można było dostrzec nowe wydanie Proroka Codziennego. Był widocznie zainteresowany jakimś artykułem, bo nawet nie zauważył gdy jego córka znalazła się w mieszkaniu:-Addie, nareszcie jesteś! O, witaj Lily, miło mi Cię znowu widzieć?- wykrzyczała radosna Marie, matka czarownicy- kawę, herbatę?- rzuciła w międzyczasie i zniknęła w kuchni.
-Ja dziękuję- odpowiedziała Lily. Nie miała już ochoty na nic do picia czy jedzenia, wcześniej wybrała się razem z przyjaciółką do kawiarni.
-A ja poproszę herbatę. Ale bez cukru!- donośny ton obiegł ściany domu.
-Już się robi córeczko- Marie przytaknęła, po czym sięgnęła po swoją różdżkę, która niezbyt różniła się od różdżki córki. Machnęła nią kilka razy, a już po chwili herbata była gotowa. Dziewczyny w międzyczasie zajęły miejsca naprzeciwko pana Gardini. Addie uśmiechając się lekko pstryknęła w palce, wskutek czego gazeta jej ojca wylądowała na podłodze:
-Cześć tato!- rzuciła w jego stronę srogi uśmiech, uderzając przy tym w bok Lily.
-Dobry wieczór- dziewczyna wywróciła oczyma i poprawiła swoją postawę.
-Witajcie kobietki. Tak na marginesie Addie- to, że nie jesteś w świecie mugoli nie zobowiązuje Cię do tego, żebyś manipulowała magią, zrozumiano?- Nicholas Gardini spojrzał na córkę pogardliwym wzrokiem tak, jakby chciał jej o czymś przypomnieć. Dziewczyna przytaknęła i zsunęła się lekko w dół zakładając ręce. Nagle przed jej oczyma pojawił się kubek gorącej herbaty. Addie zwinnie go złapała i wzięła jeden, duży łyk. Marie usiadła obok męża gładząc jego już szarzejącą czuprynę. Uśmiechnęła się ciepło w stronę Adelaide i Lily spoglądając przelotnie na zegarek:
-Hm, Lily, jest już po ósmej. Twoi rodzice nie mają nic przeciwko, że spędzasz tak dużo czasu poza domem?- zarzuciła kobieta, bacznie przyglądając się dziewczynie.
-Pewnie jak zwykle nie ma ich w domu- niechętnie odpowiedziała- kiedyś spędzaliśmy razem połowę naszego wolnego czasu, a odkąd pracują w tej korporacji nie mają już dla mnie ani chwili- głęboko westchnęła uśmiechając się na siłę.
-Ach, no tak. Przepraszam, że pytam, ale czy znasz swoich biologicznych rodziców?- panią domu zżerała ciekawość.
-Podobno mój ojciec nie żyje, dlatego matka uciekła i pozostawiła mnie w sierocińcu. Szczerze nigdy nie myślałam o tym, żeby ją odszukać. Nie miałam do tego głowy. Z resztą pewnie i tak ma swoją własną rodzinę- dziewczyna spuściła wzrok i podparła głowę dłonią.
-Nie zapominaj, że ty jesteś jej córką, więc gdybyś ją odnalazła ma obowiązek Cię wysłuchać- Marie założyła nogę na nogę, uśmiechając się lekko- jeśli chcesz, pomogę Ci ją znaleźć.
Mamo!- wtrąciła zirytowana Addie, odstawiając swój kubek za pomocą magii.
-Adelaido Gardini, Twoja matka ma w zupełności rację. Ale wszystko zależy od tego, czy Lily zechce naszej pomocy- delikatnym tonem odezwał się Nicholas.
-Rozumiem państwa troskę, ale naprawdę nie ma takiej potrzeby. Jeśli kiedyś zechcę odnaleźć swoją matkę-  zrobię to, i obiecuję, że Was o tym poinformuję- odpowiedziała z rezygnacją panna Markley, gwałtownie się prostując.
-No dobrze, nie będziemy Cię zmuszać- uśmiechnęła się Marie Gardini- ale pamiętaj…
-Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć- wtrąciła zniecierpliwiona Addie po czym wstała i wygładziła ubranie- chodź na górę, musimy porozmawiać- pociągnęła Lily za rękę i skierowała się ku schodom.

Obcas rytmicznie uderzał w sosnowe stopnie. Na ścianach były porozwieszane rodzinne zdjęcia, które tak jak w szkolnych podziemiach miały swoje życie i poruszały się. Nadawały przytulności  temu miejscu, choć już przy samym wejściu można było poczuć się ciepło i miło. A wszystko za sprawą tego, że mieszkająca tu rodzina odznaczała się tymi cechami. Państwo Gardini i ich córka od zawsze sprawiali dobre wrażenie wśród wszystkich mieszkających w okolicy. Rodzice spędzali mnóstwo czasu z Adelaide, zajmowali się nią jak najlepiej tylko mogli. Nie można powiedzieć tego o dzieciństwie Lily. Mając dwa lata trafiła do sierocińca, gdzie przebywała pół roku. Wtedy to została adoptowana przez Markleyów. Na samym początku poświęcali jej mnóstwo uwagi. Dziewczyna była oczkiem w ich głowach, do czasu kiedy zaczęła  uczęszczać  do szkoły. Z każdym dniem zainteresowanie rodziców malało, aż w końcu doprowadziło do tego, że całkowicie stracili kontrolę i poświęcili swoje życie korporacji. Swoją drogą Lily nawet nie wiedziała czym się zajmowali.

Dziewczyny przeszły przez drewnianą witrynę. Pomieszczenie było dość skromne z kilkoma zdjęciami na ścianach. W kącie stała dębowa szafa, a pod oknem mieściło się łóżko z śnieżnobiałą pościelą. Lily przysiadła na jego brzegu, spoglądając na zajmującą krzesło przyjaciółkę:
-No, nareszcie Cię stamtąd wyrwałam- rzuciła pośpiesznie, uśmiechając się od ucha do ucha. Nie znosiła takich pogaduszek, pewnie dlatego, że nie była do nich przyzwyczajona.
-No tak, dziękuję- Lily nieśmiało odpowiedziała, po chwili założyła nogę na nogę. Jej uwagę przykuło jedno ze zdjęć na szafce nocnej. Już po chwili znalazło się w jej dłoniach. Jak każde inne w tym domu ruszało się. Przedstawiało kilkanaście młodych osób. Jedną  z nich była Addie:
-O, widzę, że się już dorwałaś. To z tamtego roku, zrobiliśmy sobie na pamiątkę, dopóki wszyscy żyjemy- Adelaide wybuchnęła śmiechem, po chwili przesiadła się na łóżko- oczywiście nie bierz tego do siebie, to chyba oczywiste, że żartuje- dopowiedziała szybko i niewyraźnie ściszając głos.
-Wiem, że masz duże poczucie humoru, ale to chyba nie moment na takie żarty- Lily rzuciła w stronę przyjaciółki  pogardliwy uśmiech. Jej wzrok przyciągnęła bujna blond czupryna. Była prawie biała- taka sama jak ta, którą dzisiaj widziała
-Addie, słuchaj, co to chłopak?- dziewczyna wskazała palcem na jedną z osób- widziałam go dzisiaj w szkole, znaczy w podziemiach- dorzuciła.
-Ten?- zapytała upewniając się panna Gardini- to Malfoy. Jego ojciec jest śmierciożercą, więc nawet nie wiem co tu robi. Podobno Sama-Wiesz-Kto ma jakiś problem do jego matki dlatego biedactwo  musiało przenieść się tu do nas.- w jej głosie można było wyczuć nutkę ironii- Już od kilku lat ukrywa się w Londynie, a Ci idioci- śmierciożercy, jeszcze go nie dopadli. Swoją drogą nic dziwnego, będąc w mieście lub bądź co bądź w podziemiach nie mają szans go zaatakować. No ale po co Ci o nim opowiadam? Zwykły arogant, tyle w temacie- odpowiadając na kilku wdechach Addie zabrała zdjęcie i przyglądając się jeszcze chwilę odstawiła na półkę- dobra, koniec gadania, chyba pora na Ciebie, hm? Chodź odprowadzę Cię.
-Tak, oczywiście- z niechęcią odpowiedziała wstając z łóżka. 

Wychodząc z domu rzuciła w stronę rodziców przyjaciółki ciche dobranoc, w zasadzie nie wiadomo czy w ogóle coś usłyszeli. Dziewczyny udały się w kierunku starego dębu, który zrzucał powoli liście. Adelaide wyciągnęła różdżkę wypowiedziała zaklęcie i pociągnęła przyjaciółkę za sobą. Obie znalazły się na jednej z głównych ulic Londynu- z resztą tam, gdzie dostały się do Doliny. Lily przytuliła przyjaciółkę, która po chwili z powrotem zniknęła po drugiej stronie. 

   Dziewczyna wyszła z ukrycia i po krótkiej chwili przystanek znalazł się w zasięgu jej wzroku.

____
Wstawiam dzisiaj- jutro wyjeżdżam. Miłej lektury, liczę na jakieś uwagi dotyczące moje stylu pisania, no i nie tylko tego. Cześć ;)