fakty mówią same za siebie...
Panna Markley wraz z panną Gardini znajdowały się w centrum Londynu, dokładniej na jednej z większych ulic. Po kilku minutach drogi skręciły w uliczkę z kilkoma koszami na śmieci. Adelaide wyciągnęła różdżkę i zgrabnymi ruchami stuknęła w 3 równolegle ułożone cegły, szepcząc przy tym jakieś słowa. Sekundę później złapała pod ramię przyjaciółkę i przeciągnęła ją przez ścianę. Znajdowały się w magicznym miejscu. Na horyzoncie było widać jeszcze resztki promieni słońca. Tutejszy zachód nie był normalny, był magiczny, niespotykany. Jednym słowem nie do opisania. Dziewczyny szły ścieżką wyłożoną kostką brukową. Wokół była trawa. Soczysta, zielona trawa. Taka magiczna, z resztą jak wszystko tutaj. Za każdym razem kiedy Lily przekraczała granicę obu światów czuła w sercu zazdrość, że nie mogła zaznać tego w dzieciństwie, że jest zwykłą mugolką. Ale cieszyła się, że Addie ukazała jej to, co wydawało się tak naprawdę nierealne. Serdecznie jej za to dziękowała.
Kilka minut później dziewczyny stały przed wejściem do małego, tynkowanego domu z kilkoma oknami i parą małych drzwi. Adelaide wyciągnęła różdżkę, wypowiedziała zaklęcie i wraz z przyjaciółką weszła do środka. Na brązowej kanapie siedzieli państwo Gardini, czarodzieje czystej krwi. W zasadzie tylko matka, ojciec był charłakiem. W jego rękach można było dostrzec nowe wydanie Proroka Codziennego. Był widocznie zainteresowany jakimś artykułem, bo nawet nie zauważył gdy jego córka znalazła się w mieszkaniu:-Addie, nareszcie jesteś! O, witaj Lily, miło mi Cię znowu widzieć?- wykrzyczała radosna Marie, matka czarownicy- kawę, herbatę?- rzuciła w międzyczasie i zniknęła w kuchni.
-Ja dziękuję- odpowiedziała Lily. Nie miała już ochoty na nic do picia czy jedzenia, wcześniej wybrała się razem z przyjaciółką do kawiarni.
-A ja poproszę herbatę. Ale bez cukru!- donośny ton obiegł ściany domu.
-Już się robi córeczko- Marie przytaknęła, po czym sięgnęła po swoją różdżkę, która niezbyt różniła się od różdżki córki. Machnęła nią kilka razy, a już po chwili herbata była gotowa. Dziewczyny w międzyczasie zajęły miejsca naprzeciwko pana Gardini. Addie uśmiechając się lekko pstryknęła w palce, wskutek czego gazeta jej ojca wylądowała na podłodze:
-Cześć tato!- rzuciła w jego stronę srogi uśmiech, uderzając przy tym w bok Lily.
-Dobry wieczór- dziewczyna wywróciła oczyma i poprawiła swoją postawę.
-Witajcie kobietki. Tak na marginesie Addie- to, że nie jesteś w świecie mugoli nie zobowiązuje Cię do tego, żebyś manipulowała magią, zrozumiano?- Nicholas Gardini spojrzał na córkę pogardliwym wzrokiem tak, jakby chciał jej o czymś przypomnieć. Dziewczyna przytaknęła i zsunęła się lekko w dół zakładając ręce. Nagle przed jej oczyma pojawił się kubek gorącej herbaty. Addie zwinnie go złapała i wzięła jeden, duży łyk. Marie usiadła obok męża gładząc jego już szarzejącą czuprynę. Uśmiechnęła się ciepło w stronę Adelaide i Lily spoglądając przelotnie na zegarek:
-Hm, Lily, jest już po ósmej. Twoi rodzice nie mają nic przeciwko, że spędzasz tak dużo czasu poza domem?- zarzuciła kobieta, bacznie przyglądając się dziewczynie.
-Pewnie jak zwykle nie ma ich w domu- niechętnie odpowiedziała- kiedyś spędzaliśmy razem połowę naszego wolnego czasu, a odkąd pracują w tej korporacji nie mają już dla mnie ani chwili- głęboko westchnęła uśmiechając się na siłę.
-Ach, no tak. Przepraszam, że pytam, ale czy znasz swoich biologicznych rodziców?- panią domu zżerała ciekawość.
-Podobno mój ojciec nie żyje, dlatego matka uciekła i pozostawiła mnie w sierocińcu. Szczerze nigdy nie myślałam o tym, żeby ją odszukać. Nie miałam do tego głowy. Z resztą pewnie i tak ma swoją własną rodzinę- dziewczyna spuściła wzrok i podparła głowę dłonią.
-Nie zapominaj, że ty jesteś jej córką, więc gdybyś ją odnalazła ma obowiązek Cię wysłuchać- Marie założyła nogę na nogę, uśmiechając się lekko- jeśli chcesz, pomogę Ci ją znaleźć.
Mamo!- wtrąciła zirytowana Addie, odstawiając swój kubek za pomocą magii.
-Adelaido Gardini, Twoja matka ma w zupełności rację. Ale wszystko zależy od tego, czy Lily zechce naszej pomocy- delikatnym tonem odezwał się Nicholas.
-Rozumiem państwa troskę, ale naprawdę nie ma takiej potrzeby. Jeśli kiedyś zechcę odnaleźć swoją matkę- zrobię to, i obiecuję, że Was o tym poinformuję- odpowiedziała z rezygnacją panna Markley, gwałtownie się prostując.
-No dobrze, nie będziemy Cię zmuszać- uśmiechnęła się Marie Gardini- ale pamiętaj…
-Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć- wtrąciła zniecierpliwiona Addie po czym wstała i wygładziła ubranie- chodź na górę, musimy porozmawiać- pociągnęła Lily za rękę i skierowała się ku schodom.
Obcas rytmicznie uderzał w sosnowe stopnie. Na ścianach były porozwieszane rodzinne zdjęcia, które tak jak w szkolnych podziemiach miały swoje życie i poruszały się. Nadawały przytulności temu miejscu, choć już przy samym wejściu można było poczuć się ciepło i miło. A wszystko za sprawą tego, że mieszkająca tu rodzina odznaczała się tymi cechami. Państwo Gardini i ich córka od zawsze sprawiali dobre wrażenie wśród wszystkich mieszkających w okolicy. Rodzice spędzali mnóstwo czasu z Adelaide, zajmowali się nią jak najlepiej tylko mogli. Nie można powiedzieć tego o dzieciństwie Lily. Mając dwa lata trafiła do sierocińca, gdzie przebywała pół roku. Wtedy to została adoptowana przez Markleyów. Na samym początku poświęcali jej mnóstwo uwagi. Dziewczyna była oczkiem w ich głowach, do czasu kiedy zaczęła uczęszczać do szkoły. Z każdym dniem zainteresowanie rodziców malało, aż w końcu doprowadziło do tego, że całkowicie stracili kontrolę i poświęcili swoje życie korporacji. Swoją drogą Lily nawet nie wiedziała czym się zajmowali.
Dziewczyny przeszły przez drewnianą witrynę. Pomieszczenie było dość skromne z kilkoma zdjęciami na ścianach. W kącie stała dębowa szafa, a pod oknem mieściło się łóżko z śnieżnobiałą pościelą. Lily przysiadła na jego brzegu, spoglądając na zajmującą krzesło przyjaciółkę:
-No, nareszcie Cię stamtąd wyrwałam- rzuciła pośpiesznie, uśmiechając się od ucha do ucha. Nie znosiła takich pogaduszek, pewnie dlatego, że nie była do nich przyzwyczajona.
-No tak, dziękuję- Lily nieśmiało odpowiedziała, po chwili założyła nogę na nogę. Jej uwagę przykuło jedno ze zdjęć na szafce nocnej. Już po chwili znalazło się w jej dłoniach. Jak każde inne w tym domu ruszało się. Przedstawiało kilkanaście młodych osób. Jedną z nich była Addie:
-O, widzę, że się już dorwałaś. To z tamtego roku, zrobiliśmy sobie na pamiątkę, dopóki wszyscy żyjemy- Adelaide wybuchnęła śmiechem, po chwili przesiadła się na łóżko- oczywiście nie bierz tego do siebie, to chyba oczywiste, że żartuje- dopowiedziała szybko i niewyraźnie ściszając głos.
-Wiem, że masz duże poczucie humoru, ale to chyba nie moment na takie żarty- Lily rzuciła w stronę przyjaciółki pogardliwy uśmiech. Jej wzrok przyciągnęła bujna blond czupryna. Była prawie biała- taka sama jak ta, którą dzisiaj widziała
-Addie, słuchaj, co to chłopak?- dziewczyna wskazała palcem na jedną z osób- widziałam go dzisiaj w szkole, znaczy w podziemiach- dorzuciła.
-Ten?- zapytała upewniając się panna Gardini- to Malfoy. Jego ojciec jest śmierciożercą, więc nawet nie wiem co tu robi. Podobno Sama-Wiesz-Kto ma jakiś problem do jego matki dlatego biedactwo musiało przenieść się tu do nas.- w jej głosie można było wyczuć nutkę ironii- Już od kilku lat ukrywa się w Londynie, a Ci idioci- śmierciożercy, jeszcze go nie dopadli. Swoją drogą nic dziwnego, będąc w mieście lub bądź co bądź w podziemiach nie mają szans go zaatakować. No ale po co Ci o nim opowiadam? Zwykły arogant, tyle w temacie- odpowiadając na kilku wdechach Addie zabrała zdjęcie i przyglądając się jeszcze chwilę odstawiła na półkę- dobra, koniec gadania, chyba pora na Ciebie, hm? Chodź odprowadzę Cię.
-Tak, oczywiście- z niechęcią odpowiedziała wstając z łóżka.
Wychodząc z domu rzuciła w stronę rodziców przyjaciółki ciche dobranoc, w zasadzie nie wiadomo czy w ogóle coś usłyszeli. Dziewczyny udały się w kierunku starego dębu, który zrzucał powoli liście. Adelaide wyciągnęła różdżkę wypowiedziała zaklęcie i pociągnęła przyjaciółkę za sobą. Obie znalazły się na jednej z głównych ulic Londynu- z resztą tam, gdzie dostały się do Doliny. Lily przytuliła przyjaciółkę, która po chwili z powrotem zniknęła po drugiej stronie.
____
Wstawiam dzisiaj- jutro wyjeżdżam. Miłej lektury, liczę na jakieś uwagi dotyczące moje stylu pisania, no i nie tylko tego. Cześć ;)
Bardzo ciekawie piszesz. Genialnie budujesz zdania. Czyta się płynnie i łatwo. :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Wentz
Świetne, przyjemnie się czyta ;)
OdpowiedzUsuńhttp://destroyerofevil-elitamagow.blogspot.com/