poniedziałek, 13 maja 2013

Rozdział VII

Dopiero w trakcie kłótni dowiadujemy się co myślą o nas inni...
   Od dobrych kilkunastu dni Londyn był przysypany grubą warstwą puchu. Z nieba co chwilę spadało coraz to więcej białych śnieżynek, a temperatura dała się we znaki każdemu stworzeniu. Ludzie, którzy zazwyczaj oblegali ulice miasta zniknęli gdzieś, z resztą nic dziwnego- były święta, wszyscy powyjeżdżali w odwiedziny do swoich bliskich. Tak samo było też z Lily. Niestety te święta były dla niej definitywnie najgorszymi z najgorszych.

Pierwsze gwiazdy, które pojawiły się na niebie z pewnością je rozświetliły, oczywiście pomijając księżyc, który nie dość że był w pełni, świecił jeszcze mocniej niż zazwyczaj. Jego blask padał na dziewczynę siedzącą w przedziale jednego z pociągów kierujących się do Londynu. Z nogami podwiniętymi pod podbródek spoglądała na ciemną przestrzeń, która rozciągała się za szybą. Jej wzrok przykuł płatek śniegu opadający na okno. Po chwili zamienił się w wodę i spłynął mimowolnie po szkle, chwilę później znikając. To samo działo się na jej policzku. Z czekoladowych oczu wypłynęła mała łza. Sekundę później nie było po niej śladu, w zasadzie pozostała tylko malusieńka, mokra plama odznaczająca się na jeansowych spodniach. Jednak nie zwracała na to uwagi. Nie zwracała uwagi na ludzi mijających jej przedział, nawet konduktora. Co chwilę przypominała jej się scena sprzed kilku godzin, kiedy serce zabolało ją tak mocno, jak nigdy wcześniej.


[…]
-Lily, ile jeszcze będziemy na Ciebie czekać?!- w pokoju rozległ się głos czarnowłosej kobiety, która sekundę wcześniej pojawiła się w drzwiach.
-Najchętniej całą wieczność.- odpowiedziała, z pogardą spoglądając na matkę.
-Nie jestem Twoją koleżanką– wycedziła- Josh, Joshua!- krzyknęła w kierunku schodów, znajdujących się za jej plecami. Kilka sekund później mężczyzna stanął w witrynie, rozglądając się po osobach.
-Co się stało?- zapytał, dość spokojnym tonem.
-Powiedz jej coś, bo dostanę białej gorączki.- Amanda pokręciła negatywnie głową, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
-Och, Lily! Twoja matka dość przez Ciebie wycierpiała…- powiedział pewny siebie, jednak chwilę później ugryzł się w język- to znaczy… nie to miałem na myśli.
-Nic nie rozumiem…- szesnastolatka wstała z łóżka przyjmując prostą postawę-… czyli to moja wina, że zabraliście mnie z sierocińca? To moja wina, że musieliście mnie wychować? To moja wina, że u Was mieszkam?- widocznie się wzburzyła. Jej głos drżał, a skroń z każdym słowem coraz szybciej i mocniej pulsowała.
-To nie o to chodzi…- Joshua wyraźnie się zmieszał. Amandę zaczął ogarniać niepokój, sytuacja z każdą chwilą stawała się coraz bardziej napięta.
-Tak więc o co?! Może o to, że macie mnie dosyć, tak?!- jej twarz przybrała pomidorowy odcień- W takim razie co ja mam powiedzieć? Całe dnie nie ma Was w domu, zajmujecie się tylko i wyłącznie pracą, dla mnie nie macie czasu. I co? Może nie mam racji?- jej głos był znacznie cichszy niż wcześniej, starała się mówić wyraźnie i spokojnie.
-Posłuchaj mnie, gówniaro. Przez tyle lat się Tobą opiekowaliśmy, a ty masz jeszcze do nas pretensje? Równie dobrze mogliśmy zostawić Cię w tym bidulu, albo oddać do niego z powrotem. - mężczyzna zdenerwował się. Amanda położyła dłoń na jego ramieniu, próbując go uspokoić.
-W takim razie zrób to- odpowiedziała, zaciskając pięści- chociaż może będzie lepiej, jeśli sama odejdę.- dodała, podchodząc do szafy. Chwilę później przed łóżkiem stała już walizka.
-Nie zrobisz tego, nie masz gdzie pójść.- wycedził, spoglądając z wyższością na córkę.
-Zdziwisz się, oj zdziwisz.- jej oczy płonęły. Ze złością podeszła do drzwi i szybkim ruchem je zamknęła. Wcześniej małżeństwo wycofało się do tyłu.
Na schodach pojawiła się starsza kobieta, wyraźnie zaniepokojona.
-Co się dzieje? Amando, słyszałam krzyki.- powiedziała, patrząc to na nią, to na jej męża. Ci natomiast ją zignorowali, zbiegając chwilę później na parter. Kobieta zapukała do drzwi Lily.  Nie usłyszała odpowiedzi. Zastanowiła się, a moment później weszła do środka. Dziewczyna zamknęła walizkę, po chwili odwróciła gwałtownie do tyłu.
-Ciociu, wracam do Londynu.- powiedziała, pociągając nosem.
-Co się stało?- zapytała kobieta, próbując poskładać wszystko w całość.
-Nieważne. Jeśli możesz to pozdrów ode mnie wszystkich, dobrze?- odpowiedziała, chwytając walizkę. Skierowała się w stronę drzwi, w międzyczasie całując ciotkę w policzek.
-Na razie.- rzuciła, znikając chwilę później na schodach. Nie wiedziała, co się z nią teraz stanie. Postanowiła uciec.
-Niech idzie, przecież i tak wróci.- Lily wychodząc z domu usłyszała prychnięcie swojego ojca.
-Pieprzcie się!- krzyknęła trzaskając drzwiami. To samo zrobiła z furtkę od podwórka. Poprawiając szalik zawiązany na szyi skierowała się w stronę dworca.
[...]

Z jednej strony postąpiła dobrze, mówiąc o wszystkim rodzicom, z drugiej natomiast zrobiła to zdecydowanie w za ostry sposób- tak przynajmniej sądziła. W ciągu kilku miesięcy pokłóciła się z trzema najważniejszymi dla niej osobami. Addie też ją zawiodła. Z niewiadomo jakich przyczyn zerwała ich przyjaźń, nie odzywały się do siebie przez cały ten okres czasu. Brakowało jej wszystkich spędzonych razem chwil, odprowadzania jej do podziemi. Czasami dziewczyna nie bywała na zajęciach, co tak naprawdę zaniepokoiło Lily. Patrząc z perspektywy czasu,  doszła do wniosku, że mogła się tym zainteresować. Często przechodziły obok siebie, dziewczyna miała nawet wrażenie, że przyjaciółka chciała coś do niej powiedzieć, ale rezygnowała za każdym razem kiedy ich spojrzenia się spotykały.

Szesnastolatka postanowiła wziąć się w garść. Przetarła twarz rękawem, wyprostowała sylwetkę. Po chwili ściągnęła walizkę z półki nad siedzeniem stawiając ją obok. Wyciągnęła z torebki portfel. Sięgnęła po kilka dolarów, które chwilę później schowała do kieszeni płaszcza. Odłożyła wszystko na bok. Do Londynu pozostało tylko kilka kilometrów.

Dziesięć minut później pociąg zatrzymał się na stacji King’s Cross. Dziewczyna wysiadła co chwilę się upewniając, czy niczego nie zapomniała. Roztargnienie jakie jej towarzyszyło od opuszczenia domu ciotki dawało się we znaki. Mijając kolejne perony czuła na sobie wzrok mężczyzny charakteryzującego się kruczoczarnymi włosami sięgającymi do ramion. Zignorowała go. Udała się w stronę przystanku. Zerknęła na zegarek sprawdzając godzinę. Było kilkanaście minut po dziewiętnastej. Spojrzała na rozkład jazdy, po czym ze zrezygnowaniem opadła na ławkę. Jest wigilia- o tej porze nie jeździ już żaden autobus.

-No to pięknie.- powiedziała pod nosem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że naprawdę nie ma gdzie pójść, chociaż perspektywa pozostania na ławce przez całą noc była zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż powrót do domu ciotki. Swoją drogą Londyn o tej porze nie wyglądał wcale jak Londyn. Ulice były opustoszałe, nie było korków jak to zazwyczaj w piątkowy wieczór, a większość ludzi kręcących się wokół albo kierowała się na King’s Cross, albo stamtąd wracała. Dodając do tego wszystkiego śnieg skrzypiący pod nogami i świąteczne ozdoby, nie jest wcale tak źle- pomyślała. Szczerze tęskniła za tymi wszystkimi świecidełkami, łańcuchami ,choinkami, mikołajami, reniferami, piernikami, ciasteczkami, zapachem cynamonu i imbiru. Do tego gorąca czekolada, fotel, kominek, skarpety i książka. Wieczór wprost idealny. Siedząc na przystanku czuła się w zasadzie tak samo jak w domu- pomijając oczywiście chłód, śnieg, czerwone policzki, zmarznięte uszy i palce, no i skarpetki, które tym razem były przemoczone. Nic dziwnego, jeśli chodzi się po głębokim śniegu w trampkach. Ale to właśnie charakteryzowało Lily. Od zawsze była nieokrzesana i niezależna. Nie zwracała uwagi na to, co mówią o niej inni.

Dziewczyna po raz kolejny poprawiła sobie zawiązany szalik, po czym złapała walizkę. Postanowiła wrócić do domu na pieszo. Wyprostowała sylwetkę, pociągając nosem. Już miała ruszać, kiedy usłyszała za plecami chrząknięcie. Odwróciła się gwałtownie, kiedy to ujrzała dobrze znaną jej twarz.

_____

Króciutki, ale nie mam za cholerę czasu i chęci, żeby wyskrobać coś dłuższego- zrobiło się ciepło i takie sprawy. Dodatkowo nie wiedziałam jak opisać tą kłótnię, miałam inną wizję, ale jak wyszło to sami się przekonacie/przekonaliście...Jedyny plus to taki, że znalazłam sposób na HTML. Dobra. Postanowiłam utworzyć zakładkę SPAM, jednocześnie usuwając wszystkie nominacje. 
Enjoy.