niedziela, 7 kwietnia 2013

Rozdział III

jestem tylko człowiekiem...
    Lily zerknęła na rozkład jazdy. Postanowiła jechać tramwajem, gdyż jej zdaniem autobusy były o tej porze zbyt przepełnione. Dziewczyna znalazła palcem najbliższy kurs, po czym przysiadła na ławce. Zaczęła rozglądać się badawczo po ulicy. Ruch jaki na niej panował można było porównać do myśli w jej głowie. Po tym wszystkim czego dowiedziała się w ciągu jednego dnia nie mogła się opamiętać, przeżyła dość mocny szok, ale szczerze powiedziawszy to nie była jedyna rzecz która w najbliższym czasie mogła ją zaskoczyć.


Nagle w zasięgu jej wzroku pojawił się tramwaj o numerze 300, czyli ten, którym miała udać się do domu. Wyprostowała sylwetkę i wygładziła ubranie, po czym mozolnym krokiem weszła do środka. Przedział był prawie pusty, tylko na samym przodzie zasiadła dwójka kobiet z dziećmi. Lily zajęła miejsce jadące tyłem, to znaczy usadowione w przeciwnym kierunku niż reszta. W powietrzu unosił się brzydki, kręcący w nosie zapach. O dziwo nie przeszkadzał jej- wygodnie się rozsiadła sprawdzając godzinę. Było dziesięć po dziewiątej.

W pewnym momencie dziewczyna zauważyła na samym końcu przedziału zakapturzoną postać w czarnym, długim płaszczu. Na ledwo widoczne czoło opadała prawie że biała grzywka, z którą Lily zapoznała się kilka godzin wcześniej. Wyostrzyła wzrok przyglądając się dokładnie- jak myślała- mężczyźnie. Miał spuszczony wzrok, w zasadzie opuszczoną całą głowę, co wyraźnie zniechęciło do niego dziewczynę. Postanowiła dać sobie spokój i rzuciła oczyma w stronę szyby.

Nagle zza kilkunastu jadących samochodów wyłoniły się czarne postacie. Nie miały wyraźnych twarzy, gdy znalazły się bliżej okazało się, że tak naprawdę są - jeśli można to tak nazwać- czarną mgłą. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że leciały unosząc się w powietrzu, wprost na przedział, w którym znajdowała się dziewczyna. W pewnej chwili zrobiło się przerażająco zimno, szyby pokryły się lekkim szronem. Lily czuła się tak, jakby ktoś zabrał z niej wszystkie pozytywne emocje, wspomnienia i nadzieje. Nie miała ochoty na życie, najchętniej odeszła by w tym momencie ze świata żywych.

Czarna chmura wyłoniła się zza drzwi wejściowych, wtedy to przybrała wyraźniejszego kształtu. Była to czarna, zakapturzona postać z niezbyt miłą buźką, być może wcale jej nie posiadała. Unosiła się w powietrzu, tak naprawdę nie można było opisać jej normalnymi słowami. Lily skuliła się, spoglądając spod tak zwanego byka na zjawisko. „To coś” podeszło do mężczyzny siedzącego w kącie na końcu przedziału. Nagle zsunął się w dół, wszystko wyglądało tak jakby postać chciała pozbawić go duszy. W pewnym momencie Lily przypomniała sobie o dementorach, o których kiedyś opowiadała jej Addie. Zbystrzała, po czym podbiegła do chłopaka i zaczęła nim potrząsać. O dziwo postać się od niego odczepiła. Niestety zajęła się wtedy dziewczyną, która pod wpływem chwili nie wiedziała co się dzieje. Straciła ogólną świadomość. Kątem oka zauważyła srebrne światło zapełniające przedział, a po kilku sekundach słyszała gwar londyńskiej ulicy. Potem zapadła cisza. Głęboka cisza…

Jej oczy otworzyły się w kilku dobrych minutach. Leżała na ławce. Wokół rosły drzewa, dużo drzew. O tak, tylko to było charakterystyczne dla tego miejsca. Drzewa. Była w lesie? Nie. Choć i takie myśli przeszły jej przez głowę. Gdy już trochę oprzytomniała podniosła się lekko do góry. Przeszedł ją dreszcz- znajdowała się w parku, siedziała na ławce. Jak się tu znalazła? Zadawała sobie to pytanie przez cały czas, dopóki nie zauważyła mężczyzny stojącego obok. Był w czarnym płaszczu, tyle że już bez kaptura. Widziała doskonale platynowe włosy. Lekko poczochrane, z grzywką opadającą na smukłe czoło. Jego twarz była lekko wykrzywiona, oczy były koloru szarego. Lily nagle się wyprostowała obejmując wzrokiem nieznajomego- w zasadzie nie do końca:
-Kim jesteś?!- zapytała donośnie żądając natychmiastowej odpowiedzi. Szczerze? Wypowiedziała to bez najmniejszego zastanowienia, w końcu poznała chłopaka po włosach. Parsknęła to, co jako pierwsze przyszło jej do głowy:
-Markley, spotykamy się po raz kolejny, a ty nadal nie wiesz kim jestem? - warknął ironicznie, rzucając potem cicho- słuchaj, nie mam zamiaru zajmować się takim kimś jak ty na dłuższą metę - w jej dłoni zmaterializowała się kostka czekolady- więc trzymaj to i zapomnij o dzisiejszym incydencie,  jasne? - zarzucił kaptur na głowę i odszedł alejką obok. Lily usiadła prosto, nawet nie zorientowała się, że ma otwartą buzię. Gdy już ją zamknęła, nadal przyglądała się oddalającej sylwetce mężczyzny. Co się przed chwilą stało? Nie mogło to do niej dotrzeć. Delikatnym i niepewnym ruchem pochwyciła czekoladę i niewinnie wsunęła ją sobie do ust. Już na samym początku rozpłynęła się na podniebieniu. Humor dziewczyny od razu się poprawił, jednak nadal nie docierała do niej minięta sytuacja. Mozolnie wstała, po kilku sekundach znikając za drzewami. Prawdopodobnie udała się w stronę swojego domu- oczywiście, o ile znała drogę.

Na szczęście po kilkunastu minutach była na miejscu. W mieszkaniu było pusto, jej rodzice jeszcze nie wrócili. Wchodząc po schodach na pierwsze piętro zerknęła na zegarek- było po dziesiątej. Dziewczyna skierowała się prosto w stronę łóżka, na które zaraz potem leniwie opadła. Rozejrzała się wokół chwytając do dłoni zdjęcie. Była na niej ona wraz z jej przybranymi rodzicami. Doskonale wiedziała, że jest adoptowana. Nie ukrywali tego przed nią. Byli dla niej naprawdę dobrzy, zapewnili dom, miłość. No i oczywiście czas, którego niestety z upływem lat mieli coraz mniej. Lily nauczyła się z tym żyć. Teraz interesowała ją cała sytuacja, w której się znalazła. Szczerze mówiąc była tak nienormalna jak ona sama. 

Dziewczyna poczuła nagłą chęć odnalezienia swoich biologicznych rodziców. Chociaż wiedziała, że to prawie nie możliwe, że mogą nie żyć- nie planowała zrezygnować. Pragnęła ich odnaleźć, przytulić i opowiedzieć o swoim życiu. O magii, o różdżkach, o tym, jak bardzo chciałaby być czarownicą. W głębi serca miała nadzieje, że może są czarodziejami i wiedzą więcej niż jej się wydaje. Ale to tylko przelotne marzenia. Z resztą, nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo, co przyniesie jutro. 


2 komentarze:

  1. Kurcze zauroczyłaś mnie swym opowiadaniem ;) Tak świetnie układasz zdania ! Po prostu, dziewczyno, masz talent !!!

    Ponownie zapraszam do mnie ^^
    http://destroyerofevil-elitamagow.blogspot.com/

    A i jakbyś mogła usunąć te pisanie haseł w komentarzach - trochę wkurza bo chce już dodać komenta a tu coś takiego XD

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przepraszam. Ten rozdział przeczytałam dawno temu, ale najwidoczniej zapomniałam skomentować. Tak więc:
    Uratowała go, a on taki zimny dla niej... No ale cóż, w końcu to Malfoy c:
    Ciekawy rozdział. I jak zwykle pochwalę Twoje budowanie zdań, bo robisz to świetnie. :)
    Jeszcze raz przepraszam!
    Wentz

    OdpowiedzUsuń